Cześć!
Dzisiaj jest dla mnie naprawdę wyjątkowy dzień — nasze
pierwsze walentynki jako małżeństwo. I choć mogłabym teraz snuć opowieści o
idealnych prezentach dla drugiej połówki albo podsumowywać pierwsze pół roku
wspólnego życia, to… zupełnie nie na to mam dziś ochotę.
Chciałabym uczcić ten dzień trochę inaczej. Bo Walentynki to
dla mnie przede wszystkim święto miłości — tej romantycznej, ale też tej
cichej, codziennej i bardzo osobistej.
Myślę, że wiele kobiet marzy o sukni ślubnej. Sam ślub? To
już nie zawsze — mam wrażenie, że ten trend powoli się zmienia. Ale biała
suknia… ona wciąż ma w sobie coś absolutnie magicznego. Coś, co uruchamia
emocje, wyobraźnię i marzenia, nawet jeśli na co dzień twardo stąpamy po ziemi.
Dlatego dziś chcę was zaprosić do bardzo osobistej podróży.
Pokażę wam wszystkie suknie, które przymierzałam w trakcie poszukiwań tej
jednej, wymarzonej. Każda z nich wywoływała inne emocje, każda miała swoją
historię — i każda była ważnym etapem na drodze do „tej właściwej”. (*Finalnie było ich dość sporo, podzieliłam wszystko na 3 posty i 3 salony. Dzisiaj zobaczycie mój salon i moją suknię ślubną)
Mam nadzieję, że ten wpis będzie dla was miłym, inspirującym
przystankiem — niezależnie od tego, na jakim etapie marzeń (lub życia)
jesteście 🤍
Moje założenia były zaskakująco proste — albo pójdę na
całość i wybiorę suknię maksymalnie zdobioną, albo wręcz przeciwnie: zupełnie
minimalistyczną. Trudno mi to logicznie wytłumaczyć, ale czułam, że suknia musi
robić jedno. Albo ma się spektakularnie świecić i przyciągać uwagę, albo bronić
się wyłącznie krojem i formą. Zdecydowanie nie oba naraz.
Dlatego pierwsze przymiarki były prawdziwym miksem
wszystkiego — trochę blasku, trochę prostoty, trochę prób i błędów. Chciałam
sprawdzić, co naprawdę ze mną „zagra”, a co tylko dobrze wygląda na wieszaku.
Jeśli chodzi o kroje, od początku miałam na oku dwa zupełnie
różne światy: syrenkę i księżniczkę. I znów — dwie skrajności. Jedna
podkreślająca sylwetkę, bardziej zmysłowa, druga bajkowa, rozkloszowana i pełna
objętości. Wiedziałam, że prawda leży gdzieś pomiędzy emocjami, które wywołają…
a niekoniecznie tam, gdzie podpowiada rozsądek.
Dzisiaj opowiem wam o pierwszym salonie czyli Atelier Monika Jankovska.
Wybierając ten salon, doskonale wiedziałam, że jest on poza
moim pierwotnym budżetem. Mimo to ich suknie tak bardzo mnie urzekły, że po
prostu musiałam je zobaczyć na żywo. I bardzo dobrze, że zaufałam tej intuicji
— bo finalnie okazało się, że to właśnie ten salon jako jedyny oferował suknie
na gorsecie, a na tym zależało mi najbardziej. To, że na gorsecie mocno mi zależało tez nie wiedziałam od początku. Ta myśl powstała w trakcie przymiarek. No i finalnie to tutaj kupiłam
moją wymarzoną suknię. Wiec warto odwiedzić również ten salon do którego nie
jesteśmy w 100% przekonani.
Muszę wspomnieć również o obsłudze, która była najlepsza!
Panie były dosłownie jak dwie wróżki z Kopciuszka 🤍
Bez względu na krój, styl czy ilość zdobień, jedno było dla mnie absolutnie niepodważalne: gorset musiał być. Może nie jest on synonimem wygody, ale nie da się ukryć — to właśnie on robi figurę. Podkreśla talię, porządkuje sylwetkę i daje to charakterystyczne „wow”, które czułam, że jest mi potrzebne.
Suknia #1:
Pierwsza i jaka ładna! Była w top 3. Nie planowałam tiulu i widocznych fiszbin ale ona absolutnie miała coś w sobie! A czemu nie planowałam tiulu? No cóż... z doświadczenia. Kupiłam raz sukienkę na wesele, długa, tiulowa, piękna. Klasyczna weselna ale też ma coś w sobie. Ale ten tiul.... wpadał w moje obcasy, w buty osób z którymi tańczyłam. Wtedy uznałam, że moja ślubna na pewno nie będzie tiulowa.
Suknia #2:
Ładna. I tyle. Taka typowa suknia ślubna. Kolor wydawał mi się dość brzoskwiniowy. Zbyt. Na pewno ktoś w niej pięknie wyglądał ale ja nie widziałam jej ani jako wyjątkowej ani nie czułam się w niej jakoś inaczej.
Suknia #3:
Ponownie, ładna ale bez niczego specjalnego. Znam wiele osób, które miały ten model. Co nie znaczy, że suknia jest brzydka. W mojej głowie taki model: tiulowy dół, góra kwiatki... jest mocno już oklepany. Szukałam czegoś co będzie lekkim powiewem świeżości ale wciąż klasyczny.
Suknia #4:
To był typ sukni, który siedział mi w głowie czyli gładka, princeska i nowoczesny dekolt. Dekolt na mnie mi się nie podobał. A sama suknia, mam na myśli dół, nie był tak zadowalający jak się tego spodziewałam. Powinna się lepiej układać. Dodatkowo tak głęboki dekolt nie był w moim typie.
Bestseller u Moniki. A na mnie wielkie rozczarowanie. Na zdjęciu tego nie widać, ale suknia podkreśliła u mnie wszystkie mankamenty. Brzuch, tłuszcz w nadmiarze i hip dips. Model piękny ale nie dla mnie. Szkoda.
Nowoczesna. Ciekawe geometryczne kwiaty ale ogółem szukałam czegoś innego. Po czasie nawet jej nie pamiętam. Nie zapadła w pamięć.
A dziś, z perspektywy czasu, wiem jedno — wybór sukni ślubnej to nie jest decyzja o materiale, kroju czy trendach. To decyzja o tym, jak chcesz się czuć w jednym z najważniejszych dni swojego życia.
Nie zawsze to, co planujemy na początku, okazuje się tym właściwym. Czasem potrzebujemy kilku przymiarek, kilku zaskoczeń i jednego momentu ciszy w przymierzalni, w którym patrzymy w lustro i po prostu… wiemy. Jeśli więc jesteś w trakcie swoich poszukiwań — zaufaj sobie bardziej niż trendom, budżetowym założeniom czy opiniom innych. Bo suknia ma nie tylko wyglądać. Ona ma sprawić, że staniesz prosto, uśmiechniesz się do swojego odbicia i pomyślisz: „wow”.
A wy jesteście przed czy po wyborze waszej sukni ślubnej? Napiszcie mi swoje historie ♥ Chętnie poczytam.
Do zobaczenia!
Angelika








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz