sobota, 14 lutego 2026

Zanim powiedziałam „tak” – historia tego, jak wybrałam swoją suknię ślubną.


Cześć!

Dzisiaj jest dla mnie naprawdę wyjątkowy dzień — nasze pierwsze walentynki jako małżeństwo. I choć mogłabym teraz snuć opowieści o idealnych prezentach dla drugiej połówki albo podsumowywać pierwsze pół roku wspólnego życia, to… zupełnie nie na to mam dziś ochotę.

Chciałabym uczcić ten dzień trochę inaczej. Bo Walentynki to dla mnie przede wszystkim święto miłości — tej romantycznej, ale też tej cichej, codziennej i bardzo osobistej.

Myślę, że wiele kobiet marzy o sukni ślubnej. Sam ślub? To już nie zawsze — mam wrażenie, że ten trend powoli się zmienia. Ale biała suknia… ona wciąż ma w sobie coś absolutnie magicznego. Coś, co uruchamia emocje, wyobraźnię i marzenia, nawet jeśli na co dzień twardo stąpamy po ziemi.

Dlatego dziś chcę was zaprosić do bardzo osobistej podróży. Pokażę wam wszystkie suknie, które przymierzałam w trakcie poszukiwań tej jednej, wymarzonej. Każda z nich wywoływała inne emocje, każda miała swoją historię — i każda była ważnym etapem na drodze do „tej właściwej”. (*Finalnie było ich dość sporo, podzieliłam wszystko na 3 posty i 3 salony. Dzisiaj zobaczycie mój salon i moją suknię ślubną)

Mam nadzieję, że ten wpis będzie dla was miłym, inspirującym przystankiem — niezależnie od tego, na jakim etapie marzeń (lub życia) jesteście 🤍

Moje założenia były zaskakująco proste — albo pójdę na całość i wybiorę suknię maksymalnie zdobioną, albo wręcz przeciwnie: zupełnie minimalistyczną. Trudno mi to logicznie wytłumaczyć, ale czułam, że suknia musi robić jedno. Albo ma się spektakularnie świecić i przyciągać uwagę, albo bronić się wyłącznie krojem i formą. Zdecydowanie nie oba naraz.

Dlatego pierwsze przymiarki były prawdziwym miksem wszystkiego — trochę blasku, trochę prostoty, trochę prób i błędów. Chciałam sprawdzić, co naprawdę ze mną „zagra”, a co tylko dobrze wygląda na wieszaku.

Jeśli chodzi o kroje, od początku miałam na oku dwa zupełnie różne światy: syrenkę i księżniczkę. I znów — dwie skrajności. Jedna podkreślająca sylwetkę, bardziej zmysłowa, druga bajkowa, rozkloszowana i pełna objętości. Wiedziałam, że prawda leży gdzieś pomiędzy emocjami, które wywołają… a niekoniecznie tam, gdzie podpowiada rozsądek.

Dzisiaj opowiem wam o pierwszym salonie czyli Atelier Monika Jankovska.

Wybierając ten salon, doskonale wiedziałam, że jest on poza moim pierwotnym budżetem. Mimo to ich suknie tak bardzo mnie urzekły, że po prostu musiałam je zobaczyć na żywo. I bardzo dobrze, że zaufałam tej intuicji — bo finalnie okazało się, że to właśnie ten salon jako jedyny oferował suknie na gorsecie, a na tym zależało mi najbardziej. To, że na gorsecie mocno mi zależało tez nie wiedziałam od początku. Ta myśl powstała w trakcie przymiarek. No i finalnie to tutaj kupiłam moją wymarzoną suknię. Wiec warto odwiedzić również ten salon do którego nie jesteśmy w 100% przekonani.

Muszę wspomnieć również o obsłudze, która była najlepsza! Panie były dosłownie jak dwie wróżki z Kopciuszka 🤍

Bez względu na krój, styl czy ilość zdobień, jedno było dla mnie absolutnie niepodważalne: gorset musiał być. Może nie jest on synonimem wygody, ale nie da się ukryć — to właśnie on robi figurę. Podkreśla talię, porządkuje sylwetkę i daje to charakterystyczne „wow”, które czułam, że jest mi potrzebne.

Suknia #1:
Pierwsza i jaka ładna! Była w top 3. Nie planowałam tiulu i widocznych fiszbin ale ona absolutnie miała coś w sobie! A czemu nie planowałam tiulu? No cóż... z doświadczenia. Kupiłam raz sukienkę na wesele, długa, tiulowa, piękna. Klasyczna weselna ale też ma coś w sobie. Ale ten tiul.... wpadał w moje obcasy, w buty osób z którymi tańczyłam. Wtedy uznałam, że moja ślubna na pewno nie będzie tiulowa.

Suknia #2:
Ładna. I tyle. Taka typowa suknia ślubna. Kolor wydawał mi się dość brzoskwiniowy. Zbyt. Na pewno ktoś w niej pięknie wyglądał ale ja nie widziałam jej ani jako wyjątkowej ani nie czułam się w niej jakoś inaczej.


Suknia #3:
Ponownie, ładna ale bez niczego specjalnego. Znam wiele osób, które miały ten model. Co nie znaczy, że suknia jest brzydka. W mojej głowie taki model: tiulowy dół, góra kwiatki... jest mocno już oklepany. Szukałam czegoś co będzie lekkim powiewem świeżości ale wciąż klasyczny.


Suknia #4:
To był typ sukni, który siedział mi w głowie czyli gładka, princeska i nowoczesny dekolt. Dekolt na mnie mi się nie podobał. A sama suknia, mam na myśli dół, nie był tak zadowalający jak się tego spodziewałam. Powinna się lepiej układać. Dodatkowo tak głęboki dekolt nie był w moim typie.

 


Suknia #5:
Bestseller u Moniki. A na mnie wielkie rozczarowanie. Na zdjęciu tego nie widać, ale suknia podkreśliła u mnie wszystkie mankamenty. Brzuch, tłuszcz w nadmiarze i hip dips. Model piękny ale nie dla mnie. Szkoda.



Suknia #6:
Nowoczesna. Ciekawe geometryczne kwiaty ale ogółem szukałam czegoś innego. Po czasie nawet jej nie pamiętam. Nie zapadła w pamięć.


Suknia, którą wybrałam:
Moja piękna, wymarzona. To przy niej mama uroniła łezkę a ja byłam zachwycona. Bajkowa. A ten tren? Marzył mi się, ale obawiałam się, że może mi być z nim ciężko. Finalnie kupiłam tą ale zapłaciłam za odcięcie trenu. Strzał w 10! Sama suknia jest świetna w noszeniu. Lekka, zwiewna i nie czuć absolutnie jej materiału. Dokładnie był to mikado, podobno włoski jedwab. Nie sprawdzałam tego, ale wierzę, że tak mogło być bo materiał jest na prawdę wyjątkowy. Uwielbiam tą suknię. Jeszcze bardziej, uwielbiam ją na mnie. Bardzo podoba mi się fakt, że jest ona klasyczną, elegancką suknią. Jestem 100% pewna, że i za 20 lat będę z niej dumna. A uśmiech na zdjęciu mówi chyba sam za siebie ;)

A dziś, z perspektywy czasu, wiem jedno — wybór sukni ślubnej to nie jest decyzja o materiale, kroju czy trendach. To decyzja o tym, jak chcesz się czuć w jednym z najważniejszych dni swojego życia.

Nie zawsze to, co planujemy na początku, okazuje się tym właściwym. Czasem potrzebujemy kilku przymiarek, kilku zaskoczeń i jednego momentu ciszy w przymierzalni, w którym patrzymy w lustro i po prostu… wiemy. Jeśli więc jesteś w trakcie swoich poszukiwań — zaufaj sobie bardziej niż trendom, budżetowym założeniom czy opiniom innych. Bo suknia ma nie tylko wyglądać. Ona ma sprawić, że staniesz prosto, uśmiechniesz się do swojego odbicia i pomyślisz: „wow”.

A wy jesteście przed czy po wyborze waszej sukni ślubnej? Napiszcie mi swoje historie ♥ Chętnie poczytam.

Do zobaczenia!
Angelika

niedziela, 8 lutego 2026

Jak wytrwać w postanowieniach noworocznych związanych z treningami i zdrowym odżywianiem?

Cześć!
Nowy rok, nowa ja… brzmi znajomo, prawda? Każdego stycznia siłownie zapełniają się nowymi twarzami, a ja obserwuję ten coroczny „boom” z lekkim uśmiechem. Od kilku lat sama regularnie trenuję na siłowni, więc mam trochę doświadczenia w tym, jak nie tylko zacząć, ale przede wszystkim wytrwać. Wiem, że jest już luty ale to nic nie zmienia ;) Miesiąc idealny aby zacząć nowy cel treningowy. Mam dla Was kilka przydatnych porad. Zapraszam!

1. Cel zamiast postanowienia

Od dawna przestałam robić „postanowienia noworoczne”. Zamiast tego stawiam sobie konkretne cele treningowe – np. zwiększyć ciężar w martwym ciągu, wytrzymać 3 miesiące z regularnym planem, poprawić mobilność.
Dlaczego? Bo postanowienie często brzmi jak obowiązek, a cel daje mi kierunek i motywację do małych kroków każdego dnia.

2. Małe zwycięstwa codziennie

Nie da się od razu zdobyć szczytu. Każdy trening, każde dodatkowe 5 kg, każda nowa powtórka to małe zwycięstwo. To one budują motywację, nawet jeśli cały plan wydaje się długi i trudny.  Pamiętam, jak pierwszy raz zrobiłam 10 damskich pompek pod rząd. Wydawało się niczym, a jednak poczułam ogromną satysfakcję. Takie małe sukcesy codziennie dają motywację, nawet jeśli wielkie cele wydają się odległe.

3. Plan, ale elastyczny

Mam plan treningowy, ale wiem, że życie bywa nieprzewidywalne. Jeśli nie zdążę na siłownię w poniedziałek, nadrabiam w środę. Kluczem jest konsekwencja w tygodniu, a nie perfekcja w pojedynczym dniu.

4. Trening to też przyjemność

Nie traktuję siłowni jak kary. Wiem, że mogę trenować mocno, ale też czerpać przyjemność z muzyki, ruchu, poprawy swoich wyników. Gdy trening staje się przyjemnością, łatwiej jest trzymać się planu przez cały rok. Mam czasami również ciężkie dni w pracy, wtedy siłownia jest świetną odskocznią po pracy. Tylko ja, trening i słuchawki na full.

5. Wsparcie i społeczność

Nie jestem sama na tej drodze. Czasem siłownia, czasem znajomi, czasem trener (mój mąż) – wsparcie jest bezcenne. Nawet krótka rozmowa o postępach dodaje motywacji i przypomina, dlaczego zaczęliśmy.

6. Cierpliwość i realne oczekiwania

Ciała nie zmienia się w tydzień. Ja widzę to szczególnie po latach treningów – czasem jest efekt jojo, czasem stagnacja. Ważne, że nie przestaję. Każdy trening, każda poprawiona seria, każdy dodatkowy kilometr to krok do przodu.  

Przez te lata nauczyłam się, że wytrwanie na siłowni to nie kwestia motywacji w styczniu, tylko wytrwałości, dyscypliny, cierpliwości i czerpania przyjemności z procesu. Każdy, nawet najmniejszy sukces, buduje poczucie sprawczości i pewności siebie.

Dlatego w tym roku nie robię postanowień – mam cele. Realne, elastyczne i takie, które sprawiają, że z radością wchodzę na siłownię, a nie z poczuciem obowiązku. I wiesz co? To działa 💛

Angelika

niedziela, 1 lutego 2026

Snowboard kontra ja: kto wygrał ten pojedynek?

 

Cześć,

Byłam ostatnio na nartach a właściwie na snowboardzie. Zapraszam na małe story time czego nie robić.

Byłam kiedyś na nartach ale nie „czułam” ich. W tym roku byliśmy większym składem w tym były 3 osoby, które szły na snowboard od zera. Uznałam, że do nich dołączę. Wzięliśmy sobie instruktora na start i to było jak najbardziej właściwe rozwiązanie. Godzina na oślej łączce i poszliśmy na stok. Pierwszy zjazd, prawie pierwsza moja wywrotka i obiłam sobie kość ogonową… Kto tego doświadczył ten wie, że jest to bardzo bolesne. Funkcjonowanie później również jest nieciekawe a mnie czekało kilka dni jazdy na stoku… Niestety obicie kości ogonowej wpływa mocno na nasz ruch a dokładnie na miednicę. Pod pewnym kontem jest ok a pod drugim okropnie kłujący ból. I co wyszło dalej? Cały zjazd nie mogłam wstać. Kilka prób na jeden upadek… jest to również męczące. A fakt, że był to pierwszy mój zjazd, potęgował długość mojego zjazdu. Miałam oczywiście załamanie. Bo początkowo musiałam w ogóle odleżeć kilka chwil na stoku. Miałam karnet więc uznałam, że spróbuję ponownie. Drugi zjazd był o niebo lepszy i dalej szło mi lepiej. Kość dalej bolała. Pierwszy dzień był najgorszy.

Aż przyszedł ostatni dzień i ostatni zjazd. Jak zaczęłam, tak skończyłam i kilkaset metrów przed ostatnią metą znów upadłam na kość… Leżałam i płakałam. Jakoś dojechałam do końca i wróciłam do domu.

Moje przygody górskie na obiciu kości się nie zakończyły. Na stoku nadwyrężyłam/wybiłam sobie kciuki. Naciągnęłam również nadgarstek przy wstawaniu… ale drugi najgorszy uraz przytrafił mi się pierwszego dnia przed stokiem. Co finalnie również ten pierwszy ciężki zjazd utrudniało. Oparzyłam się o piec. I dzięki temu wróciłam z oparzeniem w kształcie księżyca na pół pośladka. Stan? Pomiędzy oparzeniem I a II stopnia. Zobaczymy czy ślad zostanie. Później do oparzenia skompletowałam jeszcze równie sporego siniaka.

Finalnie było fajnie. Męcząco ale fajnie. Mieliśmy bardzo ładne domki. Co wieczór odpoczywaliśmy w bali lub saunie. A i udało nam się zrobić mini sesję na stoku. Z tego też się cieszę. Jestem wzrokowcem, uwielbiam ładne zdjęcia. Tym milej będę wspominać ten wyjazd.

I tak oto przeżyłam wyjazd na snowboard. Przeżyłam to bardzo dobre podsumowanie ;) A wy jeździliście? Jak wspominacie wasze początki?
Do zobaczenia,
Angelika

niedziela, 25 stycznia 2026

Travel wrapped 2025

Cześć,
Dzisiaj krótko i symbolicznie. Zapraszam na mój travel wrapped z 2025 roku. Udało mi się zobaczyć wiele pięknych miejsc. Za granicą byłam w 3 nowych krajach: UK, Hiszpania i Grecja. Fakt, byłam już w Grecji ale w Atenach a tym razem byliśmy na Korfu.

Każdy wyjazd był niezapomniany ♥ Zapraszam na zdjęcia na osłodę szarych zimowych dni.









Angelika

niedziela, 18 stycznia 2026

Vision board – mój pierwszy krok do świadomego życia i rozwoju.

Cześć,
Przez długi czas myślałam, że vision board to tylko chwilowy trend. Coś ładnego, ale powierzchownego. Coś, co robią inni. A przede wszystkim to nie wierzyłam w jego moc. A jednak w pewnym momencie poczułam, że potrzebuję zatrzymać się i naprawdę zapytać siebie: czego chcę i jak chcę aby moje życie wyglądało?

Tak powstał mój pierwszy vision board — spokojnie, intuicyjnie i bez presji. To nie jest lista celów. To jest bardzo osobista mapa mojego życia.

Zaczęłam oczywiście od zastanowienia się jak chcę aby ten rok wyglądał i co chcę osiągnąć. Przydały się do tego moje wcześniej opisywane cele na 2026 rok. Tworząc vision board, szczególnie mocno skupiłam się na pracy oraz rozwoju osobistym i zawodowym. Poprzedni rok był pracowity ale to dopiero ten będzie kluczowy. Chcę rozwijać się w swoim tempie, budować projekty, z których jestem dumna i mieć odwagę wybierać to, co naprawdę ze mną rezonuje. Na mojej tablicy pojawiły się obrazy i słowa związane z kreatywnością, niezależnością i stabilnością.

 

Siłownia i dbanie o siebie. Ten temat na moim vision boardzie nie symbolizuje idealnej sylwetki. Symbolizuje siłę — tę fizyczną, ale też psychiczną. Regularność, troskę o ciało i głowę, moment tylko dla siebie. Ruch, który oczyszcza myśli i przywraca równowagę. To przypomnienie, że dbanie o siebie nie jest luksusem, tylko fundamentem. W tym roku stawiam na rytm, równowagę oraz determinację.

Kto mnie zna ten wie, że nie mogło zabraknąć podróży. I tych małych i tych dużych. To moment, w którym wszystko zwalnia, a ja wracam do siebie. Żyję podróżami. Od moment zakupu biletów aż jakieś minimum pół roku po gdy wspominam moje przygody. Na vision boardzie są obrazy, które przypominają mi, że życie nie musi toczyć się w jednym rytmie i jednym miejscu. A propos „małych” podróży t w tym roku chcę również kilka małych jedno/dwudniowych wypadów np. w góry czy na jezioro.

Obok wielkich obszarów są też drobiazgi. Ciepła kawa pita bez pośpiechu. Estetyczny notes. Cisza o poranku. Te małe smaczki są niezwykle ważne, bo to one tworzą codzienność.

Czym naprawdę jest mój vision board? 

Kierunkiem. 

Nie wiem jeszcze, ile z tych wizji się spełni i w jakiej formie. I pozwalam sobie tego nie wiedzieć.  To mój pierwszy vision board i myślę, że wyszło całkiem dobrze. Zobaczymy za rok jak mi poszło jego spełnianie ;)

Do zobaczenia!
Angelika

niedziela, 11 stycznia 2026

Nowy rok, nowe cele – bez presji postanowień

Cześć!

Nowy rok bardzo często kojarzy się z listą postanowień noworocznych. „Od stycznia będę…”, „W tym roku na pewno…”, „Od poniedziałku zmieniam wszystko”. Brzmi znajomo? U mnie wygląda to trochę inaczej, bo ja nie robię postanowień – ja stawiam sobie cele. I to wcale nie dlatego, że jestem „anty”, tylko dlatego, że przez lata zauważyłam, że postanowienia często działają jak szybki zryw. Dużo motywacji na start, a potem… życie. Obowiązki, zmęczenie, gorsze dni. I nagle zamiast satysfakcji pojawia się poczucie porażki, bo „nie dotrzymałam postanowienia”.

Czym różnią się cele od postanowień?

Dla mnie postanowienie to coś zero-jedynkowego. Albo się uda, albo nie. A cel jest procesem. Ma kierunek, ale zostawia miejsce na elastyczność np. chcę schudnąć 10 kg. Fajne postanowienie ale lepiej dla naszej głowy będzie brzmieć chcę się wkręcić w treningi siłowe i pilnować systematyczności. Efekt? Większe szanse na powodzenie + jeśli finalnie nie schudniemy 10 kg a 5 kg to będziemy bardziej ten proces doceniać i nie będziemy widzieć w tym porażki. Podejście ma znaczenie.

Nie chcę zmieniać całego życia w jeden dzień. Wolę iść małymi krokami, ale do przodu. 

Nie będę robić wielkiej listy „muszę”. Zamiast tego mam kilka obszarów, na których chcę się skupić:

  • ja i moje samopoczucie – więcej uważności na siebie, swoje potrzeby i granice,
  • rodzina i codzienność – łapanie chwil, a nie ciągły pośpiech,
  • rozwój – krok po kroku, bez porównywania się do innych,
  • ciało i zdrowie – bez skrajności, bez presji, bardziej z troski niż z obowiązku.

To nie są cele na pokaz. To kierunki, które mają mi pomóc żyć spokojniej i bardziej „po swojemu” jak ja to widzę.

Co chciałam zrobić w 2025 roku?

• Zaoszczędzić pieniądze – nic a nic się nie udało. Wyjazdy i wesela skradły wszystko 😉 Czy jest mi smutno? Nie. Drugi raz tak młoda i w tym samym miejscu już nie będę.

• Dwa wieczory panieńskie – oba udały się świetnie.

• Cel wagowy: 55 kg – zeszłam do 57 kg i czułam się okropnie. Dopadł mnie efekt jojo.

• Ślub i wesele – nasze. Magiczne, wyjątkowe

• Dom/mieszkanie – w tym kierunku zrobiliśmy naprawdę spory progres. Niedługo opowiem Wam o tym dużo więcej.

• Drobne wyjazdy – i to ile! 😄 Małe i duże, weekendowe i tygodniowe. Działo się naprawdę sporo. W ostatnim poście ze wspomnieniami w postaci zdjęć z 2025 roku mogliście zobaczyć, jak dużo podróżowaliśmy.

• Spotkania ze znajomymi – udało się, choć chciałabym częściej 😉 Po tym, jak część moich przyjaciółek wyprowadziła się z naszego miasta, bardzo za nimi tęsknię.

• Plan podróży poślubnej – temat zawieszony. Była mała podróż po ślubie, na którą zabraliśmy rodziców. Marzy nam się jeszcze coś solo, np. Malediwy, ale na razie odkładamy ten plan na później.

2025 rok był pełen emocji, zmian i pięknych wspomnień. Nie wszystko wyszło tak, jak planowałam, ale chyba właśnie w tym tkwi jego magia – w małych radościach, niezaplanowanych przygodach i chwilach spędzonych z bliskimi. Nie liczą się liczby czy efekty, ale to, co zostało w sercu.

Nowy rok nie musi być magicznym resetem. Nie musisz mieć planu na cały rok, idealnej rutyny ani motywacji na 200%.
Czasem wystarczy jedno pytanie: czego teraz najbardziej potrzebuję?

Jeśli czujesz, że postanowienia Cię przytłaczają – spróbuj zamienić je na cele. Takie, które są Twoje. Prawdziwe. Elastyczne.

A jeśli nie masz ani postanowień, ani celów – też jest w porządku.
Nowy rok to nie wyścig. To po prostu kolejny rozdział 🤍

Macie jakieś cele na 2026 rok?
Angelika