niedziela, 21 czerwca 2026

Suknie piękne, wspomnienia trudniejsze...czyli ostatni salon sukien ślubnych.

Cześć!
To już ostatni wpis z mojej serii o poszukiwaniu tej jednej, wymarzonej sukni. Trzy salony, zupełnie różne doświadczenia, mnóstwo emocji i jeszcze więcej przemyśleń. Każda z tych wizyt nauczyła mnie czegoś innego — nie tylko o sukniach, ale też o sobie i o tym, jak ogromne znaczenie w takich momentach ma atmosfera. Dziś opowiem Wam o trzecim, ostatnim salonie. Miejscu, z którym wiązałam naprawdę duże nadzieje. I choć historia ta zaczęła się dość niewinnie, szybko pokazała, jak cienka bywa granica między ekscytacją a rozczarowaniem…

Na początek spójrzmy na modele, które przymierzałam a później opowiem wam małe story time.

piątek, 19 czerwca 2026

Czy romantyzowanie życia jest złe?

(*Post dodaję ponownie,  ponieważ poprzednia publikacja uniemożliwiała komentowanie)

Cześć!

Ostatnio złapałam się na tym, że codziennie rano, zanim jeszcze wstanę z łóżka, wyobrażam sobie, że mój dzień będzie… idealny. Że kawa w kubku pachnąca cynamonem będzie smakiem małego luksusu, że spacer z psem okaże się magiczną przygodą, a wieczór zakończy się ciepłym światłem lampki i książką w dłoni. Brzmi trochę jak z Instagrama? Tak, wiem. I wtedy pojawia się pytanie: czy to romantyzowanie życia jest dobre, czy po prostu ucieczką od rzeczywistości?

Romantyzowanie życia to umiejętność dostrzegania piękna w codziennych drobiazgach – w porannej kawie, w zachodzie słońca, w prostych gestach bliskich osób. To traktowanie życia z większą wrażliwością i świadomością, szukanie w nim „magii”. Dla wielu jest to sposób na większą radość i uważność.

Plusów romantyzowania życia jest wiele. Chociażby większa uważność i wdzięczność. Dostrzegając małe rzeczy, uczymy się cieszyć tym, co mamy, zamiast ciągle gonić za czymś większym. Dobrze to też wpływa na nasze zdrowie psychiczne. Celebrowanie drobnych przyjemności może działać jak naturalny „detoks” od stresu. "Estetyka życia". Brzmi trochę nowocześnie ale coś w tym jest. Czemu nie żyjemy tak jak byśmy chcieli? Zamiast żyć życiem marzeń wiele osób zamyka się w swoich social mediach i godzinami scrolowania... A gdzie życie?

Oczywiście nadmierne romantyzowanie życia może stać się też pułapką. Życie nie zawsze jest piękne, a ignorowanie problemów może prowadzić do frustracji. Patrząc na „idealne” chwile innych w social media, łatwo poczuć, że nasze życie nie jest wystarczająco dobre. Romantyzowanie może też maskować trudne uczucia, zamiast je przetwarzać.

W tym wszystkim chyba chodzi o balans. Romantyzowanie życia nie musi być złe, jeśli traktuję je jako dodatek – sposób, by dostrzec piękno w codzienności, a nie ucieczkę od tego, co trudne czy nieprzyjemne. To nie oznacza, że każda chwila musi być idealna, że każdy poranek ma pachnieć świeżo parzoną kawą i że każdy spacer w deszczu musi być poetycki. Chodzi raczej o to, żebyśmy potrafili zatrzymać się na moment i powiedzieć: „To też jest życie. To też jest w porządku.”

Czasem celebrowanie małych rzeczy oznacza, że zauważam promień słońca przebijający się przez okno, albo śmiech psa, który wpada mi na kolana w najmniej oczekiwanym momencie. Ale równie ważne jest pozwolenie sobie na zwyczajność i niedoskonałość – na poranne zamieszanie, brak czasu, nieidealny dzień, zmęczenie, chaotyczny wieczór. Romantyzowanie nie ma sensu, jeśli staje się maską, pod którą chowamy trudne emocje lub frustracje.

Ostatecznie nauczyłam się, że prawdziwa magia życia nie tkwi tylko w idealnych obrazkach, które widzimy w mediach społecznościowych. Jest w tym, że kawa czasem jest za gorzka, spacer w deszczu przemoczy buty, a wieczór kończy się stertą niewyprasowanych ubrań i telefonem pełnym nieodebranych wiadomości. I mimo to można to zobaczyć jako coś pięknego – bo to jest życie w swojej autentycznej formie. Ta codzienna mieszanka chaosu i małych cudów, niedoskonałości i chwil, które zatrzymują dech, tworzy coś, co naprawdę warto celebrować.

A wy – romantyzujecie swoje życie na co dzień, czy raczej twardo stąpacie po ziemi?
Angelika

niedziela, 14 czerwca 2026

Fit produkty, które mam w lodówce (i nie wszystkie polecam).

Cześć,
Niedługo wracam do redukcji a co za tym idzie, kilka produktów z mojej diety zamieniam na mniej kaloryczne odpowiedni. I o tych odpowiednikach dzisiaj wam opowiem. Nie stosuję ich za często + smakowo dużo bardziej wolę np. normalny sos niż fit wersję. Ale czasami warto deficyt uzbierać sobie na takich produktach a w weekend skusić się na coś normalnego.

Najmniej fit z tych fit rzeczy to olej. To tak na prawdę normalny olej rzepakowy, ale zamknięty w opakowaniu, które psika. Fajna sprawa bo można równomiernie nalać na patelnie minimalną ilość. Minusy? Prawie od razu opakowanie się popsuło a cena nie jest tego warta. Kupiłam wyłącznie z ciekawości. Aktualnie wolę zainwestować w lepszy "atomizer" i samej dolewać wypełnienie.

Na kajmak namówiła mnie koleżanka z pracy. Smaczne. Ma mniej kcal niż typowy kajmak... ale popsuł się w lodówce już po kilku dniach. Kto na redukcji zje kilkaset gram kajmaku, który ma jakieś 300+ kcal w kilka dni? Nie polecam.

Fit sosy. Trochę ich kupiłam. To dokładnie smak wafelkowy, kebab-gyros oraz ser topiony. Każdy jest inny i do innego dania pasują. Jak jest się wygłodniałym to jest dobre a nawet smaczne. Normalnie? To są dziwne sosy. W wyjątkowej sytuacji sprawdzają się. Przy redukcji warto mieć 1 taki dodatek w lodówce.

Macie do polecenia tego typu produkty przydatne na redukcji? Dajcie znać, szukam nowości.
Do zobaczenia,
Angelika

niedziela, 31 maja 2026

Pomidorowa

Cześć!

Przyszedł nowy rok, poświąteczne zmęczenie jedzeniem i zapragnęłam pomidorówki. I wszystko wokoło. Co z kimś nie rozmawiałam to mówił, że robi tą zupę. Jak byłam dzieckiem dziadek robił mi pomidorową z ryżem i taką też chciałam zrobić. Zastanawiałam się tylko jak dodać do niej białka. Natchnęło mnie na pulpety z mięsa mielone z piersi kurczaka. I tak powstało jedno z moim ulubionych i pożywniejszych dań. Nie jest to nic absolutnie odkrywczego ale jest smaczne i to się liczy. Redukcja czasem tworzy nam w głowie jakieś dziwne spojrzenie, że jedzenie musi być nie wiadomo jak wykwintne i inne. Nic absolutnie mylnego. Tradycyjne dania jak najbardziej na tak.

Możliwości wykonania tego dania jest kilka. Ja gotuję ryż osobno, tyle ile potrzebuję. Ja jem do takiej miseczki jakieś 70 g suchego ryżu.

Tajnym składnikiem pomidorowej są pomidory w słoiku od mamy. Smak jest od razu lepszy. Dodaję odrobinę koncentratu ale to może jest max 1 płaska łyżka. Wszystko tradycyjnie gotuję i na 20 min przed końcem blenduję. Ja preferuję krem. W tym momencie dorzucam kulki z mięsa mielonego. Z czego dokładnie są kulki? 400 g zmielone mięsa, jajko, 40-50 g bułki tartej +sól i pieprz. Całość obtoczona w odrobinie mąki. Zupa wraz z kulkami gotuje się powoli około 15-20 min. Jak kulki będą już upieczone kończę gotowanie. Smacznego!

Moja ambitna dusza krzyczy aktualnie, że ten przepis nie jest czymś „wow” ale mam nadzieję, że kogoś zainspiruję z tak prostą potrawą.
Do zobaczenia,
Angelika

niedziela, 24 maja 2026

Nici, nitki i niteczki - Majowy ogród w rozkwicie, propozycja Angeliki.

 

Cześć!
Ostatnio wkręciłam się w sferę blogową :D Siedzę na waszych blogach i podglądam co tam u was. Miło poczytać i dowiedzieć się co tam i moich blogowych znajomych ;) Wiele razy widziałam pewną zabawę ale zawsze gdzieś to w pewien sposób olewałam? Szczerze mówiąc, nie miałam czasu na dołączenie. Ostatnio również czasu mam mało ale uznałam, że muszę to zmienić i rzucam sobie wyzwanie wzięcia udziału w wyzwaniu niteczek! Masło maślane ale mam nadzieję, że wiecie co i jak. Baner z linkiem zostawiam dla zainteresowanych a resztę zapraszam na moją propozycję majową ;)


Tematyka kwiatów dała mi kilka możliwości. Po pierwsze kwiaty i po drugie pszczółki! Jedna załapała się nawet na powyższy baner. I tym tropem poszłam. Mało o tym wspominam, częściej piszę Wam w komentarzach ale pasjonuje się szydełkowaniem. Jak mam wenę to tworzę dużo a jak nie to nie ;) Bez presji. Mam bardzo, ale to bardzo dużo otwartych projektów (dajcie znać czy wy również). Jednym z nich jest pled dla mojego przyszłego dziecka. Spokojnie, w ciąży nie jestem ;) W moim tempie kończenia projektów to może zdążę ;D Hehe. Mam 1/6 całości? Może nawet mniej. I pomyślałam, że tematykę tego miesiąca wykorzystam w  tym oto pledzie. I tak powstał jeden kwadrat z tytułową pszczółką!

W tle widać również kwadrat z pingwinkiem i kawałkiem jednorożca! Kiedyś pokażę Wam całość ;)
Was również zachęcam do tej wiosennej zabawy.
Do zobaczenia!
Angelika

niedziela, 17 maja 2026

Nasze wyjątkowe zaproszenia ślubne!

 

Cześć!
Zapraszam dzisiaj na post z serii "z pamiętnika narzeczonej". Chciałam opowiedzieć o tym rok temu ale potem wpadła mi myśl, że wolałabym dodać zdjęcia ślubne na bloga po ślubie... A później już o tym totalnie zapomniałam. Co ciekawe poniżej macie tekst, który spisałam realnie rok temu. Miło do tego powrócić. Zapraszam na historię naszych zaproszeń ślubnych!

"Jesteśmy już w pełni przygotowań do ślubu. Wiele rzeczy mamy już wybranych ale wciąż jest kilka aspektów, które wymagają zorganizowania. Jest już prawie pół roku do ślubu. Gości mamy dość sporo i jest to najwyższa pora aby przejść do tematu zaproszeń. Chciałam wam o tym opowiedzieć, ponieważ jest to generalnie ciekawa historia. Nie planowałam robić ich sama. Bałam się, że wyjdą średnie przy finalnym wydruku, coś nie będzie się udawać i końcowo i tak będzie trzeba zamówić gotowe. Miałam w głowie pomysł na główną idee czyli nasze zdjęcie. Zaproszenia często się wyrzuca, uznałam, że w formie zdjęcia można je zawsze włożyć do jakiegoś albumu. A po naszej sesji narzeczeńskiej byłam już 100% pewna, że wykorzystamy te zdjęcia!

niedziela, 10 maja 2026

Korfu: klify, które skradły moje serce 🤍

Cześć,
Już wielokrotnie o tym wspominałam, ale naprawdę kiepsko idzie mi dodawanie na bieżąco zdjęć z wyjazdów. Wciąż mam jeszcze dwa fantastyczne wyjazdy z ubiegłego roku, które koniecznie chcę nadrobić w tym roku. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie ;) W zeszłym roku, przez ślub i milion innych spraw do ogarnięcia, kompletnie brakowało mi na to czasu…

Przejdźmy jednak do tego, co najważniejsze. Długo zastanawialiśmy się, co podarować naszym rodzicom w ramach podziękowania za organizację wesela. W końcu wpadłam na pomysł, że wspólny wyjazd za granicę będzie najlepszą opcją. Moi rodzice nigdy wcześniej nie byli za granicą i nie znają angielskiego, więc pomyślałam, że dobrze byłoby, gdyby ktoś pojechał z nimi. Rodzice mojego męża również nie mówią po angielsku, dlatego postanowiliśmy zebrać wszystkich razem i zabrać ich w podróż do miejsca, gdzie nie mogli liczyć na polskiego przewodnika.

niedziela, 3 maja 2026

Analiza kolorystyczna – jak odkryłam, że jestem Zgaszoną Jesienią (a nie Latem)

Cześć!

Myślę, że większość z was słyszała o analizie kolorystycznej. Też się bawiłam tym tematem ale nie mogłam znaleźć mojego typu. Zawsze był dylemat soft summer czy soft autumn. Gdy przekonałam się na jeden typ to nagle ktoś mi go "rujnował" i pokazywał, że jest absolutnie odwrotnie. Dzisiaj pokażę wam jak zrobić analizę za darmo. Jedyne co potrzebujecie to kilka waszych zdjęć w różnych kolorystycznie ubraniach oraz chat gpt.

Mój prompt dla czata + kilka moich zdjęć: Przeanalizuj moje zdjęcia pod kątem analizy kolorystycznej. Podaj jakim typem kolorystycznym jestem. Określ moją paletę kolorystyczną.

Czat określił mnie jako soft autumn. Faktycznie ta paleta kolorystyczna jest zgodna z tym co mam w szafie i na co często się decyduję.

Jednak często pojawiały się komentarze, że jednak jest to soft summer. Zaczęłam więc dopytywać czata. Zdecydowałam się na analize konkretnych zdjęć.

Chat: "To jest bardzo mocny sygnał. Ciepły beż wygląda naturalnie, Twarz nie robi się szara. Włosy stapiają się z kolorem, a nie kontrastują. Złota biżuteria wygląda jak „część Ciebie”. Musztardowa torebka? Nie gryzie się. I to jest kluczowe. Gdybyś była Soft Summer musztarda byłaby obca, beż robiłby twarz zmęczoną. Tu tego nie ma. Ta stylizacja jest bardzo spójna z Soft Autumn / neutral warm."

Chat: "Ten kolor jest świetnym testem temperatury. To nie jest czysty chłodny niebieski. To jest teal / petrol z domieszką zieleni. I co się dzieje? Ooczy są wyraźne, skóra nie szarzeje, włosy nie robią się żółte. To znów przemawia za neutralno-ciepłą bazą. Gdybyś była typowo chłodna ten kolor byłby trochę „brudny” przy twarzy. A u Ciebie jest harmonijny."

Chat: "To jest najciekawsze. Ta czerwień: jest ciepła, lekko winna, ma nutę brązu. I… wyglądasz w niej bardzo dobrze. Nie ma efektu zbyt mocnego kontrastu, wybicia twarzy, żółknięcia skóry. Za to czarna spódnica przy twarzy (gdyby była wyżej) mogłaby być ciężka. Ale ponieważ jest niżej – nie szkodzi. To znów bardziej jesień niż lato."

Na koniec poprosiłam jeszcze o zdjęcie kontrastujące. Chcę zobaczyć różnice czy faktycznie w złym kolorze tak źle bym wyglądała. Pomińmy fakt, że sztuczna inteligencja zrobiła mi talię niczym Jessica Rabbit. Co myślicie o tym zdjęciu? Jak dla mnie po prawo nie wyglądam źle i oczy są dużo bardziej wyraziste. Chociaż fakt, na taki kolor sukienki nigdy bym się nie zdecydowała.

Zgaszone Lato vs Zgaszona Jesień

Oba:
• są zgaszone (czyli nie kontrastowe, nie jaskrawe),
•dobrze wyglądają w przytłumionych, miękkich kolorach,
•unikają neonów i czystej bieli.

Ale różni je jedno kluczowe słowo - temperatura.

Zgaszone Lato:
• podton chłodny lub neutralno-chłodny
• przygaszone róże, dusty blue, chłodne beże, gołębi szary
• miękka śliwka, przydymiony granat
• lepsze srebro niż złoto

Zgaszona Jesień:
• podton ciepły lub neutralno-ciepły
• zgaszona oliwka, ciepły karmel, cegła
• przytłumione rudości
• stare złoto, ciepły brąz

Finalnie zgadzam się z faktem, że jestem Soft Autumn neutral. Brzmi dość zawile ale dogłębnie analizując wszelkie za i przeciw, zgadzam się.

Co zmieniło się w mojej szafie? Fakt, kilku rzeczy się pozbyłam a kilka kupiłam. Jedną z nowych rzeczy jest żółta torebka. Ogólnie bardzo mnie urzekła i podoba mi się, że jest w mojej szafie ciekawym przełamaniem. Czarne i beżowe dodatki nie zawsze się sprawdzają. Oddałam za to rudy komplet, który od dawna miałam w szafie ale właśnie z jakiś względów w nim nie chodziłam.

A wy robiliście sobie analizę kolorystyczną? Wiecie dokładnie jakim typem jesteście czy tak, jak ja, nie było to zbyt łatwe do określenia? Jeśli jeszcze tego nie testowaliście, polecam pobawić się z AI.

Angelika

wtorek, 28 kwietnia 2026

Body update: koniec masy 🏋️‍♀️

Cześć!

To oficjalne — masa dobiegła końca. Piszę to trochę z ulgą, trochę z dumą, a trochę z lekkim strachem przed tym, co za chwilę. Bo czeka mnie oczywiście redukcja a to jest dużo cięższy dla mnie okres. Zapraszam na podsumowanie okresu masowego a także wymiarów i zdjęć przed i po. Po prostu ja, moje ciało i głowa po kilku miesiącach budowania mięśni.

Zacznijmy od konkretów, bo wiem, że wszyscy je lubimy. Masa dała mi to, na czym najbardziej mi zależało: więcej siły i pełniejsze mięśnie. Głównie poszło mi w brzuch i pośladki. Spodnie już w połowie masowania były na mnie ciasne. Oczywiście, nie ma co się oszukiwać: wpadło też trochę tłuszczu. Jeśli chodzi o efekty przygotowałam grafikę z wymiarami przed i po oraz poglądowe zdjęcie. Cieszę się, że największy wzrost w cm mam w pośladkach. Liczę, że po redukcji zostanie mi kilka cm więcej a brzuch zniknie.


Jak się czuję po masie?
Fizycznie? Silniejsza niż kiedykolwiek. Na sam koniec masy zrobiłam maxy i powiem wam, że byłam pod wielkim wrażeniem. Sprawdziłam 3 ćwiczenia. A oto moje maxy:
Hip thrusty – 125 kg
Martwy ciąg na sztandze  - 100 kg
Wyciskanie hantli na ławce – 15 kg x 8
Treningi na masie nauczyły mnie jeść „pod cel”, dźwigać ciężej i nie panikować, gdy waga idzie w górę. Chociaż na początku było to bardzo trudne. W sumie przez prawie całą masę. Jako, że byłam na wiecznej redukcji było to wyzwaniem. A psychicznie? Na początku lekko stresująco, zmuszałam się aby nie przeliczać kcal i jeść więcej ale z czasem bardzo polubiłam ten okres. Mogę jeść praktycznie co chcę. W dodatku nie miałam problemu z nabijaniem białka. Nie jadłam dużo więcej, jakieś 2-2.4 tyś kcal dziennie. W tygodniu mniej a w weekend więcej. Dzięki masie, miałam również większą przyjemność z chodzenia do restauracji. W końcu to było tylko wyjście a nie „psucie diety i redukcji”. Moja głowa odpoczęła.
W trakcie całego procesu miałam kilka wyzwań np. obicie kości ogonowej, co pokrzyżowało mi treningi oraz przeziębienie przez które na tydzień byłam wyłączona z treningów. Przy chorobie dieta również nie była idealna.
Dlaczego kończę masę właśnie teraz? Czuję, że wycisnęłam z niej tyle, ile mogłam na ten moment. Myślę, że dalsza masa nie tworzyłaby już mięśni a sam tłuszcz. Mimo wszystko mam duży % tkanki tłuszczowej.
Historia wzrostu mojej wagi. Jak widać, idealnie zgodnie z założeniami.


Pół roku masy minęło bardzo szybko. Oby teraz redukcja była równie przyjemna. Jak długo będzie trwać? Sama nie wiem. Jeśli będzie zbyt długo to planuję przełamać ją na około 2 tygodnie, przejściem na zero kaloryczne.
A teraz wchodzę w redukcję na spokojnie. Bez drastycznego cięcia kalorii. Nie chcę również dodawać zbyt wiele cardio na początku. Chcę to zostawić na moment gdy waga będzie stać. A jak będzie? Zobaczymy. Priorytetem będzie regularność, sen i rozsądek. Wolniej = lepiej. To ma być proces, a nie sprint zakończony frustracją. 
Zapomniałabym.. Na spontanie uznałam, że wezmę udział w hyroxie na jesień więc lekko zmodyfikuję treningi ale o tym już kiedy indziej wam opowiem. Trzymajcie za mnie kciuki!
Do zobaczenia!

Angelika

niedziela, 19 kwietnia 2026

Sezon Gonitw Konnych na Służewcu rozpoczęty!

Witajcie miłośnicy koni i adrenaliny!
Mam zaszczyt ogłosić, że sezon gonitw konnych na Służewcu właśnie się rozpoczął! To czas pełen emocji, ekscytacji i niezapomnianych przeżyć dla wszystkich, którzy kochają zapach stajni i dźwięk kopnięcia kopyt na murawie wyścigowej.

Dla tych, którzy dopiero odkrywają magię tego sportu, niech będzie to zaproszenie do świata, gdzie siła, elegancja i determinacja koni łączą się z pasją i umiejętnościami jeźdźców, tworząc niepowtarzalną atmosferę rywalizacji.

Służewiec, jako jeden z najważniejszych torów wyścigowych w Polsce, przyciąga zarówno doświadczonych zawodników, jak i entuzjastów, gotowych poczuć dreszcz emocji podczas każdego biegu. To tutaj, na malowniczym tle zieleni i architektury, odbywają się najważniejsze wyścigi konne, gromadzące tłumy widzów z całego kraju. Podczas rozpoczęcia sezonu największa wygrana dla konia to było 14 tyś. !

Dla miłośników zakładów bukmacherskich sezon na Służewcu to również czas, kiedy mogą próbować swojego szczęścia, obstawiając swoich faworytów i uczestnicząc w emocjonującej rywalizacji na torze i na kuponach.

Podsumowując, sezon gonitw konnych na Służewcu to nie tylko sportowa rywalizacja, ale także wielkie święto dla wszystkich miłośników koni i atmosfery wyścigów. Zapraszam więc wszystkich do wspólnego uczestnictwa w tej niezwykłej przygodzie, która z pewnością pozostanie w pamięci na długo po zakończeniu sezonu.

Do zobaczenia na Służewcu, gdzie emocje są na wyciągnięcie ręki!
Angelika

niedziela, 12 kwietnia 2026

Budujemy dom!

 

Cześć!
Od jakiś 2 lat pracowaliśmy wspólnie z mężem nad naszym “tajnym” wspólnym projektem. Oczywiście śmieję się, że tajny 😉 Jeśli chodzi o większe grono to chcieliśmy się pochwalić dopiero w momencie gdy coś już będzie pewne. Tajnym projektem był dla nas projekt naszego domu. Zaczęło się w sumie już po zaręczynach czyli zaraz to będzie 2.5 roku temu. Najpierw myśli gdzie chcemy mieszkać, potem rekonesans i nasz pierwszy projekt! I projekt ten wyleciał pół roku później do kosza. Nie podobał się nam. Wtedy próbowaliśmy zaprojektować piętrówkę na bardzo wąskiej działce. Była ona zaledwie 1 m za szeroka aby móc się postawić w granicy...

Kolejne podejście zaczęliśmy od zrobienia rekonesansu w gotowach aby mieć coś na wzór co obojgu nam się będzie podobać. Wcześniej było mi obojętne czy parterówka czy piętrówka, tym momencie moje zdanie się zmieniło na parterówkę. Ceny schodów są zatrważające. Zbyt bardzo. Znaleźliśmy fajny projekt stodoły z dość korzystnym kładem funkcjonalnym. Oczywiście zmieniliśmy tak wiele, że co do bazy, nasz projekt jest podobny tylko z nazw stodoła.

I tak przechodząc do naszego projektu wyszedł dom parterowy 140 m2 + garaż 40 m2. Główna część to stodoła do której doklejony jest garaż z dachem płaskim. Piękna część dzienna z kuchnią, salonem i jadalnią oraz przeszkleniami do samej kalenicy. Do tego kilka sypialni. Z czego również się cieszę to fajny duży taras. W międzyczasie zmieniliśmy również działkę.

Papierologia to coś co miło nie wspominam. Geodeta pracował długo i mozolnie, urzędy jeszcze gorzej. A starostwo czekało do ostatniego, ostatniego dnia aby dać odpowiedź co do pozwolenia. Finalnie 21 października odebraliśmy pozwolenie na budowę oraz dziennik budowy. Najdroższą inwestycję naszego życia, czas zacząć!

Do zobaczenia,
Angelika

sobota, 4 kwietnia 2026

Wesołych Świąt Wielkanocnych 🌷

Wielkanoc to dla mnie zawsze czas spokoju, małych przyjemności i rodzinnych spotkań. To chwile, kiedy można się zatrzymać, poczuć wiosnę i… pozwolić sobie na odrobinę słodkości.

Życzę Wam, aby te święta były pełne radości, uśmiechu i ciepła, a każda chwila – nawet ta zwykła – dawała poczucie lekkiego szczęścia. Niech to będzie czas, w którym odpoczywamy, celebrujemy małe momenty i cieszymy się tym, co naprawdę ważne.

Niech wiosenne słońce i dobre towarzystwo dodadzą Wam energii na kolejne dni. Wesołego Alleluja! 🤍

Angelika

niedziela, 29 marca 2026

Ostatnie kadry naszej Londyńskiej przygody!

 

Cześć,
City break to bardzo szybki i intensywny wyjazd ale mimo wszystko polecam. Bardzo miło wspominam ten wyjazd. Ale póki co opowiem wam jak minął nam ostatni dzień. Zdradzę wam, że zobaczył tego dnia budynek, który marzyłam zobaczyć! I się udało... przypadkiem 😉 Uprzedzam tylko, że post zawiera dużo dawkę zdjęć i wspomnień.

*Ciekawostka, na wyjeździe w Londynie byliśmy dokładnie rok temu. Ilość zdjęć i opisanie ich trochę mi zajęło więc uznałam, że ten ostatni post zobaczycie akurat rok po.
Zapraszam!


niedziela, 22 marca 2026

Wiosenny Glow: Jak Odświeżyć Siebie od Głowy do Pięty

Cześć!

Wiosna to idealny czas na reset i odświeżenie, zarówno w wyglądzie, jak i w samopoczuciu. Po zimie nasza skóra i włosy potrzebują troski, a my – kilku nowych rytuałów, które dodadzą energii i pewności siebie. Spisałam kilka dla mnie istotnych aspektów. Zróbmy razem glow up!

Punkt pierwszy: Odświeżyć włosy.

W grudniu zmieniłam cięcie włosów z „na prosto” na „wycieniowane”. Niby nie tak duża zmiana a jednak była dla mnie kolosalna. Włosy inaczej pracują, zrobiły się o wiele krótsze i jest ich oczywiście mniej. Jednak wraz z wiosną chciałabym dodać im delikatnie jaśniejszych pasm przy twarzy. Mam już półroczny odrost więc to idealny moment. Muszę też wrócić do olejowania włosów to jakiś czas. Przynajmniej same końce.

Punkt drugi: skóra z naturalnym blaskiem

Jest na to bardzo prosty przepis: peeling + balsamowanie. Peeling z mielonej kawy na ciało to bardzo fajny eko dodatek do pielęgnacji. Planuję go częściej stosować.

Punkt trzeci: wartościowe posiłki.

Wiosna i pierwsze warzywa to idealny moment aby zadbać lepiej o dietę. A właściwie o ilość spożywanych warzyw. Zamiast suplementów lepiej zjeść np. paprykę. Chciałabym dodać więcej koloru na talerzu: czerwone papryki, marchew, jarmuż – witaminy od środka (+ naturalny glow skóry w pakiecie). Smoothie czy soki wyciskane to coś co częściej powinnam jeść.

Punkt czwarty: więcej czasu z naturą.

Marzec często dobija mnie swoją „szarością”. Dlatego gdy tylko pogoda pozwoli, staram się chodzić na spacery do parku. Spędzić trochę czasu z naturą. Fajnie jest to łączyć np. z zakupami. W drodze do sklepu przejść przez pobliski park. Kiedyś usłyszałam bardzo fajne zdanie: aby się nie znudzić, codziennie należy coś zmieniać. I tak np. robić to poprzez drogę do pracy. Każdego dnia zmienić chociaż 1 odcinek i dodać sobie coś nowego do rutyny.

Punkt piąty: nowy zapach.

Perfumy, odświeżacz czy zapach do auta. Wybierz co lubisz i lepiej do ciebie pasuje.

Wiosna to moment, żeby odświeżyć włosy, skórę, nawyki i energię. Zacznij od małych zmian, które sprawiają Ci przyjemność – reszta przyjdzie sama.

Do zobaczenia!
Angelika

niedziela, 15 marca 2026

TAG: Podróże marzeń.

Cześć!

Spontanicznie zmieniłam plan na dzisiejszy post i zamiast przepisu, który może pojawić się każdego dnia, uznałam, że odpowiem na podróżniczy Tag od Venus. Jak wiecie kocham temat podróży a tagi to bardzo fajny powrót do blogowej przeszłości. Jeśli ktoś ma również ochotę, zapraszam do odpowiedzi. Poznajmy się trochę nawzajem.

Link do odpowiedzi Venus i konkursu: link

TAG: Podróże marzeń

Wymień 5 krajów lub miast w Europie, które chciałabyś odwiedzić i dlaczego ?
Zakładam, że są to państwa/miasta w których jeszcze nie byłam. Kocham podróże i nie chce się ograniczać do typowych destynacji. Chętnie chciałabym odwiedzić Skandynawię np. Oslo/Norwegię. Kolejny punkt możliwe, że zaskakujący to państwa wschodnie Europy. Przed wojną był do Kaliningrad. Teraz niekoniecznie, ale Estonia czy Łotwa? Chętnie. Muszę absolutnie podać Maderę, bo jest to dla mnie Europejski odpowiedni Hawaii. Uwielbiam aktywne podróżowanie więc hiking na Maderze to moje marzenie. Przeraża mnie tylko ten lot a właściwie lądowanie na Maderze… Chorwacja i Słowenia. Słowenia ma podobno piękne miejsca do spływów kajakowych. Jestem jak najbardziej na tak! Ostatni kierunek to Szwajcaria. Sama nie wiem czy ten kraj jest piękniejszy latem czy zimą. . Kiedyś na pewno ją odwiedzę


Wymień 5 krajów lub miasto w poza Europe, które chciałabyś / chciałabyś odwiedzić ?
Kiedyś marzyłam o Nowym Yorku i ogólnie o Stanach. Aktualnie to państwo już tak mnie nie zachęca. Myślę, że są inne kraje, które są dużo ciekawsze. Aktualnie są to: RPA, Tajlandia, Madagaskar, Singapur, Korea Południowa.


Wymień 5 krajów lub miast gdzie chciałabyś / chciałabyś wrócić ?
Wielka Brytania, Grecja, Paryż, Hiszpania, Włochy


Wymień 5 krajów lub miast które chciałabyś / chciałabyś odwiedzić 2026 ?
Wrocław, Paryż, Tajlandia, Alicante (ponownie), może do tego Berlin albo Czechy?


Czy udało Ci się spełnić jakieś marzenie podróżnicze w 2025?
Oczywiście, że tak. Przede wszystkim fakt, że byłam w trzech krajach w tym dwa nowe, uważam za duży sukces. Londyn był od dawna na mojej liście marzeń. Hiszpania nie była a okazało się, że bardzo polubiłam ten kraj.


Zapraszam Was również do odpowiedzi. Chętnie poznam was lepiej ;)
Do zobaczenia!
Angelika

niedziela, 8 marca 2026

Z tym salonem miałam wielkie nadzieje... Rzeczywistość szybko je zweryfikowała

 

Cześć!
W ostatnim miesiącu opowiadałam Wam o wyborze mojej wymarzonej sukni ślubnej i pierwszym salonie, który odwiedziłam. Łącznie byłam w trzech miejscach — aż trzech? A może tylko trzech? Dziś zabieram Was do salonu Najna w Łodzi, gdzie działo się naprawdę sporo.

Pokażę Wam wszystkie „gagatki”, które tam przymierzałam, a uwierzcie mi — ta historia i same suknie to coś więcej niż zwykłe przymiarki. Były emocje, był brak zachwytów… no cóż.

Zapraszam, będzie ciekawie! 

niedziela, 1 marca 2026

Ile naprawdę mam kosmetyków!? Czas powykańczać wszystko!


Cześć!
Zrobiłam ostatnio mały eksperyment – przejrzałam wszystkie moje kosmetyki. Otworzyłam szafki i… wow, ile produktów się tam nazbierało! Do tego mam jeszcze jeden karton z kosmetykami na zapas… Jeśli pamiętacie haul z zeszłego roku, wiecie, o czym mówię. Kremy, sera, maski, lakiery, balsamy – część wciąż w folii, część prawie pełna, a część… no cóż, chyba pamięta poprzedni rok. W tym roku postanowiłam powykańczać wszystko i w końcu skończyć produkty, które leżą od dawna. Jak mi się to uda, zobaczymy za rok – póki co zapraszam na podsumowanie, ile naprawdę mam w swojej kosmetyczce. Może was zdziwić ilość kosmetyków do makijażu…

niedziela, 22 lutego 2026

Idealne miasta na city break, które polecam oraz te o których marzę.

Cześć!
Nie zawsze potrzebujemy długiego urlopu, żeby poczuć zmianę i złapać nową energię, która szczególnie na wiosnę jest nam potrzebna… Czasem wystarczą 2 dni w dobrze wybranym mieście – z klimatem, dobrą kuchnią i atrakcjami na wyciągnięcie ręki. Oto kilka miast, które świetnie sprawdzą się na city break. Dla kilku mam również osobiste smaczki. Zapraszam!

Londyn to jedno z tych miast, które trudno opisać jednym zdaniem. Jest ogromny, różnorodny i pełen kontrastów – i właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Każda dzielnica ma swój charakter, a spacerując po mieście można poczuć, jak historia miesza się z nowoczesnością. Uwielbiam londyńskie parki (np. Hyde Park), które są idealnym miejscem na chwilę oddechu od miejskiego zgiełku, klimatyczne uliczki i kultowe czerwone autobusy. Londyn daje ogromne możliwości – od muzeów światowej klasy, przez zakupy, aż po różnorodną kuchnię z całego świata. To miasto, w którym nawet zwykłe chodzenie bez planu jest przyjemnością i odkrywaniem czegoś nowego. To zdecydowanie jeden z moich ulubionych kierunków na city break i miejsce, które zostaje w pamięci na długo. Na pewno jeszcze tam wrócę!


Rzym zachwyca historią na każdym kroku. Koloseum, Fontanna di Trevi, Watykan – nawet kilka dni wystarczy, by zobaczyć najważniejsze miejsca. Do tego włoska kuchnia, lody jedzone późnym wieczorem i niepowtarzalna atmosfera sprawiają, że Rzym idealnie nadaje się na intensywny, ale bardzo satysfakcjonujący city break. Ja Rzym zwiedziłam dosłownie w 1 dzień. Czy wrócę? Chyba nie potrzebuję. Chętnie odwiedzę teraz inne Włoskie miasta.

Źródło: Pinterest

Barcelona łączy wszystko, czego można chcieć od city breaku: plażę, architekturę Gaudíego, pyszną kuchnię i bardzo swobodny klimat. Można zwiedzać, ale też po prostu cieszyć się miastem – tapas, sangria, długie spacery i zachody słońca nad morzem sprawiają, że łatwo zapomnieć o codzienności. Osobiście nie byłam w Barcelonie ale byłam w Hiszpani i sam klimat i jedzenie bardzo mi podpasowały więc Barcelona jest jak najbardziej na mojej liście do odwiedzenia. Marzy mi się również podziwianie twórczości Gaudiego ;) 

Walencja. Choć często przegrywa popularnością z Barceloną, Walencja ma swój niepowtarzalny charakter. Nowoczesna architektura Miasta Sztuki i Nauki miesza się tu z historycznym centrum, a wszystko otoczone jest zielenią. To idealne miasto dla tych, którzy chcą połączyć zwiedzanie z relaksem – również na plaży. Byłam i jak najbardziej polecam na weekend. Wybór idealny.

Źródło: Pinterest

Paryż to idealny wybór na romantyczny, ale też bardzo „miejski” wyjazd. Spacer wzdłuż Sekwany, kawa w małej kawiarni, croissant jedzony bez pośpiechu i wieczorny widok na Wieżę Eiffla – nawet krótki pobyt pozwala poczuć magię tego miasta. To świetne miejsce na slow sightseeing i chłonięcie atmosfery. Paryż to kolejne moje marzenie. To miasto ma bardzo dużo do zaoferowania. Dodatkowo kuchnia francuska jest bardzo smaczna, zwłaszcza sery ;)  Więc myślę, że i mi i dla wielu z was będzie to dobry wybór.

Ateny to miasto, które często traktuje się jedynie jako przystanek w drodze na greckie wyspy, a zupełnie niesłusznie. To idealny kierunek na city break dla osób, które lubią połączenie historii z codziennym, miejskim życiem. Akropol górujący nad miastem robi ogromne wrażenie, ale Ateny to znacznie więcej niż starożytne zabytki. Klimatyczne dzielnice jak Plaka czy Psiri zachęcają do długich spacerów, a liczne kawiarnie i tawerny sprawiają, że łatwo wpaść w grecki rytm – bez pośpiechu, z dobrą kawą i pysznym jedzeniem. Ateny są słoneczne, autentyczne i pełne kontrastów, co czyni je świetnym wyborem na krótki, ale bardzo intensywny wyjazd. Polecam wybrać się również na Pireus. Dużym plusem jest również dostęp do morza. Dzięki temu krótki wypad może zawierać również plażowanie. Nie w najbliższym czasie ale na pewno wrócę do Aten. Z resztą cała Grecja to moja ulubiona destynacja.

Niezależnie od tego, czy wybierzesz klasyczne kierunki, takie jak Londyn, czy zdecydujesz się na mniej oczywiste miasta jak Porto, Lublana czy Ateny, każdy z tych wyjazdów może dostarczyć zupełnie innych emocji i inspiracji. Chociaż u mnie jest to często bardziej zmęczenie niż inspiracje to i tak lubię tą formę zwiedzania. Krótkie podróże pozwalają odkrywać miasta w swoim tempie, smakować lokalne życie i wracać z głową pełną wrażeń. Czasem wystarczy kilka dni, by zakochać się w nowym miejscu – albo utwierdzić się w tym, że są miasta, do których chce się wracać. City breaki przypominają, że podróżowanie nie zawsze musi być dalekie i długie, by było wartościowe. A wy co byście dodali do tej listy? Jakie miasto polecacie na city break?
Do zobaczenia,
Angelika

sobota, 14 lutego 2026

Zanim powiedziałam „tak” – historia tego, jak wybrałam swoją suknię ślubną.


Cześć!

Dzisiaj jest dla mnie naprawdę wyjątkowy dzień — nasze pierwsze walentynki jako małżeństwo. I choć mogłabym teraz snuć opowieści o idealnych prezentach dla drugiej połówki albo podsumowywać pierwsze pół roku wspólnego życia, to… zupełnie nie na to mam dziś ochotę.

Chciałabym uczcić ten dzień trochę inaczej. Bo Walentynki to dla mnie przede wszystkim święto miłości — tej romantycznej, ale też tej cichej, codziennej i bardzo osobistej.

Myślę, że wiele kobiet marzy o sukni ślubnej. Sam ślub? To już nie zawsze — mam wrażenie, że ten trend powoli się zmienia. Ale biała suknia… ona wciąż ma w sobie coś absolutnie magicznego. Coś, co uruchamia emocje, wyobraźnię i marzenia, nawet jeśli na co dzień twardo stąpamy po ziemi.

Dlatego dziś chcę was zaprosić do bardzo osobistej podróży. Pokażę wam wszystkie suknie, które przymierzałam w trakcie poszukiwań tej jednej, wymarzonej. Każda z nich wywoływała inne emocje, każda miała swoją historię — i każda była ważnym etapem na drodze do „tej właściwej”. (*Finalnie było ich dość sporo, podzieliłam wszystko na 3 posty i 3 salony. Dzisiaj zobaczycie mój salon i moją suknię ślubną)

Mam nadzieję, że ten wpis będzie dla was miłym, inspirującym przystankiem — niezależnie od tego, na jakim etapie marzeń (lub życia) jesteście 🤍

Moje założenia były zaskakująco proste — albo pójdę na całość i wybiorę suknię maksymalnie zdobioną, albo wręcz przeciwnie: zupełnie minimalistyczną. Trudno mi to logicznie wytłumaczyć, ale czułam, że suknia musi robić jedno. Albo ma się spektakularnie świecić i przyciągać uwagę, albo bronić się wyłącznie krojem i formą. Zdecydowanie nie oba naraz.

Dlatego pierwsze przymiarki były prawdziwym miksem wszystkiego — trochę blasku, trochę prostoty, trochę prób i błędów. Chciałam sprawdzić, co naprawdę ze mną „zagra”, a co tylko dobrze wygląda na wieszaku.

Jeśli chodzi o kroje, od początku miałam na oku dwa zupełnie różne światy: syrenkę i księżniczkę. I znów — dwie skrajności. Jedna podkreślająca sylwetkę, bardziej zmysłowa, druga bajkowa, rozkloszowana i pełna objętości. Wiedziałam, że prawda leży gdzieś pomiędzy emocjami, które wywołają… a niekoniecznie tam, gdzie podpowiada rozsądek.

Dzisiaj opowiem wam o pierwszym salonie czyli Atelier Monika Jankovska.

Wybierając ten salon, doskonale wiedziałam, że jest on poza moim pierwotnym budżetem. Mimo to ich suknie tak bardzo mnie urzekły, że po prostu musiałam je zobaczyć na żywo. I bardzo dobrze, że zaufałam tej intuicji — bo finalnie okazało się, że to właśnie ten salon jako jedyny oferował suknie na gorsecie, a na tym zależało mi najbardziej. To, że na gorsecie mocno mi zależało tez nie wiedziałam od początku. Ta myśl powstała w trakcie przymiarek. No i finalnie to tutaj kupiłam moją wymarzoną suknię. Wiec warto odwiedzić również ten salon do którego nie jesteśmy w 100% przekonani.

Muszę wspomnieć również o obsłudze, która była najlepsza! Panie były dosłownie jak dwie wróżki z Kopciuszka 🤍

Bez względu na krój, styl czy ilość zdobień, jedno było dla mnie absolutnie niepodważalne: gorset musiał być. Może nie jest on synonimem wygody, ale nie da się ukryć — to właśnie on robi figurę. Podkreśla talię, porządkuje sylwetkę i daje to charakterystyczne „wow”, które czułam, że jest mi potrzebne.

Suknia #1:
Pierwsza i jaka ładna! Była w top 3. Nie planowałam tiulu i widocznych fiszbin ale ona absolutnie miała coś w sobie! A czemu nie planowałam tiulu? No cóż... z doświadczenia. Kupiłam raz sukienkę na wesele, długa, tiulowa, piękna. Klasyczna weselna ale też ma coś w sobie. Ale ten tiul.... wpadał w moje obcasy, w buty osób z którymi tańczyłam. Wtedy uznałam, że moja ślubna na pewno nie będzie tiulowa.

Suknia #2:
Ładna. I tyle. Taka typowa suknia ślubna. Kolor wydawał mi się dość brzoskwiniowy. Zbyt. Na pewno ktoś w niej pięknie wyglądał ale ja nie widziałam jej ani jako wyjątkowej ani nie czułam się w niej jakoś inaczej.


Suknia #3:
Ponownie, ładna ale bez niczego specjalnego. Znam wiele osób, które miały ten model. Co nie znaczy, że suknia jest brzydka. W mojej głowie taki model: tiulowy dół, góra kwiatki... jest mocno już oklepany. Szukałam czegoś co będzie lekkim powiewem świeżości ale wciąż klasyczny.


Suknia #4:
To był typ sukni, który siedział mi w głowie czyli gładka, princeska i nowoczesny dekolt. Dekolt na mnie mi się nie podobał. A sama suknia, mam na myśli dół, nie był tak zadowalający jak się tego spodziewałam. Powinna się lepiej układać. Dodatkowo tak głęboki dekolt nie był w moim typie.

 


Suknia #5:
Bestseller u Moniki. A na mnie wielkie rozczarowanie. Na zdjęciu tego nie widać, ale suknia podkreśliła u mnie wszystkie mankamenty. Brzuch, tłuszcz w nadmiarze i hip dips. Model piękny ale nie dla mnie. Szkoda.



Suknia #6:
Nowoczesna. Ciekawe geometryczne kwiaty ale ogółem szukałam czegoś innego. Po czasie nawet jej nie pamiętam. Nie zapadła w pamięć.


Suknia, którą wybrałam:
Moja piękna, wymarzona. To przy niej mama uroniła łezkę a ja byłam zachwycona. Bajkowa. A ten tren? Marzył mi się, ale obawiałam się, że może mi być z nim ciężko. Finalnie kupiłam tą ale zapłaciłam za odcięcie trenu. Strzał w 10! Sama suknia jest świetna w noszeniu. Lekka, zwiewna i nie czuć absolutnie jej materiału. Dokładnie był to mikado, podobno włoski jedwab. Nie sprawdzałam tego, ale wierzę, że tak mogło być bo materiał jest na prawdę wyjątkowy. Uwielbiam tą suknię. Jeszcze bardziej, uwielbiam ją na mnie. Bardzo podoba mi się fakt, że jest ona klasyczną, elegancką suknią. Jestem 100% pewna, że i za 20 lat będę z niej dumna. A uśmiech na zdjęciu mówi chyba sam za siebie ;)

A dziś, z perspektywy czasu, wiem jedno — wybór sukni ślubnej to nie jest decyzja o materiale, kroju czy trendach. To decyzja o tym, jak chcesz się czuć w jednym z najważniejszych dni swojego życia.

Nie zawsze to, co planujemy na początku, okazuje się tym właściwym. Czasem potrzebujemy kilku przymiarek, kilku zaskoczeń i jednego momentu ciszy w przymierzalni, w którym patrzymy w lustro i po prostu… wiemy. Jeśli więc jesteś w trakcie swoich poszukiwań — zaufaj sobie bardziej niż trendom, budżetowym założeniom czy opiniom innych. Bo suknia ma nie tylko wyglądać. Ona ma sprawić, że staniesz prosto, uśmiechniesz się do swojego odbicia i pomyślisz: „wow”.

A wy jesteście przed czy po wyborze waszej sukni ślubnej? Napiszcie mi swoje historie ♥ Chętnie poczytam.

Do zobaczenia!
Angelika

niedziela, 8 lutego 2026

Jak wytrwać w postanowieniach noworocznych związanych z treningami i zdrowym odżywianiem?

Cześć!
Nowy rok, nowa ja… brzmi znajomo, prawda? Każdego stycznia siłownie zapełniają się nowymi twarzami, a ja obserwuję ten coroczny „boom” z lekkim uśmiechem. Od kilku lat sama regularnie trenuję na siłowni, więc mam trochę doświadczenia w tym, jak nie tylko zacząć, ale przede wszystkim wytrwać. Wiem, że jest już luty ale to nic nie zmienia ;) Miesiąc idealny aby zacząć nowy cel treningowy. Mam dla Was kilka przydatnych porad. Zapraszam!

1. Cel zamiast postanowienia

Od dawna przestałam robić „postanowienia noworoczne”. Zamiast tego stawiam sobie konkretne cele treningowe – np. zwiększyć ciężar w martwym ciągu, wytrzymać 3 miesiące z regularnym planem, poprawić mobilność.
Dlaczego? Bo postanowienie często brzmi jak obowiązek, a cel daje mi kierunek i motywację do małych kroków każdego dnia.

2. Małe zwycięstwa codziennie

Nie da się od razu zdobyć szczytu. Każdy trening, każde dodatkowe 5 kg, każda nowa powtórka to małe zwycięstwo. To one budują motywację, nawet jeśli cały plan wydaje się długi i trudny.  Pamiętam, jak pierwszy raz zrobiłam 10 damskich pompek pod rząd. Wydawało się niczym, a jednak poczułam ogromną satysfakcję. Takie małe sukcesy codziennie dają motywację, nawet jeśli wielkie cele wydają się odległe.

3. Plan, ale elastyczny

Mam plan treningowy, ale wiem, że życie bywa nieprzewidywalne. Jeśli nie zdążę na siłownię w poniedziałek, nadrabiam w środę. Kluczem jest konsekwencja w tygodniu, a nie perfekcja w pojedynczym dniu.

4. Trening to też przyjemność

Nie traktuję siłowni jak kary. Wiem, że mogę trenować mocno, ale też czerpać przyjemność z muzyki, ruchu, poprawy swoich wyników. Gdy trening staje się przyjemnością, łatwiej jest trzymać się planu przez cały rok. Mam czasami również ciężkie dni w pracy, wtedy siłownia jest świetną odskocznią po pracy. Tylko ja, trening i słuchawki na full.

5. Wsparcie i społeczność

Nie jestem sama na tej drodze. Czasem siłownia, czasem znajomi, czasem trener (mój mąż) – wsparcie jest bezcenne. Nawet krótka rozmowa o postępach dodaje motywacji i przypomina, dlaczego zaczęliśmy.

6. Cierpliwość i realne oczekiwania

Ciała nie zmienia się w tydzień. Ja widzę to szczególnie po latach treningów – czasem jest efekt jojo, czasem stagnacja. Ważne, że nie przestaję. Każdy trening, każda poprawiona seria, każdy dodatkowy kilometr to krok do przodu.  

Przez te lata nauczyłam się, że wytrwanie na siłowni to nie kwestia motywacji w styczniu, tylko wytrwałości, dyscypliny, cierpliwości i czerpania przyjemności z procesu. Każdy, nawet najmniejszy sukces, buduje poczucie sprawczości i pewności siebie.

Dlatego w tym roku nie robię postanowień – mam cele. Realne, elastyczne i takie, które sprawiają, że z radością wchodzę na siłownię, a nie z poczuciem obowiązku. I wiesz co? To działa 💛

Angelika

niedziela, 1 lutego 2026

Snowboard kontra ja: kto wygrał ten pojedynek?

 

Cześć,

Byłam ostatnio na nartach a właściwie na snowboardzie. Zapraszam na małe story time czego nie robić.

Byłam kiedyś na nartach ale nie „czułam” ich. W tym roku byliśmy większym składem w tym były 3 osoby, które szły na snowboard od zera. Uznałam, że do nich dołączę. Wzięliśmy sobie instruktora na start i to było jak najbardziej właściwe rozwiązanie. Godzina na oślej łączce i poszliśmy na stok. Pierwszy zjazd, prawie pierwsza moja wywrotka i obiłam sobie kość ogonową… Kto tego doświadczył ten wie, że jest to bardzo bolesne. Funkcjonowanie później również jest nieciekawe a mnie czekało kilka dni jazdy na stoku… Niestety obicie kości ogonowej wpływa mocno na nasz ruch a dokładnie na miednicę. Pod pewnym kontem jest ok a pod drugim okropnie kłujący ból. I co wyszło dalej? Cały zjazd nie mogłam wstać. Kilka prób na jeden upadek… jest to również męczące. A fakt, że był to pierwszy mój zjazd, potęgował długość mojego zjazdu. Miałam oczywiście załamanie. Bo początkowo musiałam w ogóle odleżeć kilka chwil na stoku. Miałam karnet więc uznałam, że spróbuję ponownie. Drugi zjazd był o niebo lepszy i dalej szło mi lepiej. Kość dalej bolała. Pierwszy dzień był najgorszy.

Aż przyszedł ostatni dzień i ostatni zjazd. Jak zaczęłam, tak skończyłam i kilkaset metrów przed ostatnią metą znów upadłam na kość… Leżałam i płakałam. Jakoś dojechałam do końca i wróciłam do domu.

Moje przygody górskie na obiciu kości się nie zakończyły. Na stoku nadwyrężyłam/wybiłam sobie kciuki. Naciągnęłam również nadgarstek przy wstawaniu… ale drugi najgorszy uraz przytrafił mi się pierwszego dnia przed stokiem. Co finalnie również ten pierwszy ciężki zjazd utrudniało. Oparzyłam się o piec. I dzięki temu wróciłam z oparzeniem w kształcie księżyca na pół pośladka. Stan? Pomiędzy oparzeniem I a II stopnia. Zobaczymy czy ślad zostanie. Później do oparzenia skompletowałam jeszcze równie sporego siniaka.

Finalnie było fajnie. Męcząco ale fajnie. Mieliśmy bardzo ładne domki. Co wieczór odpoczywaliśmy w bali lub saunie. A i udało nam się zrobić mini sesję na stoku. Z tego też się cieszę. Jestem wzrokowcem, uwielbiam ładne zdjęcia. Tym milej będę wspominać ten wyjazd.

I tak oto przeżyłam wyjazd na snowboard. Przeżyłam to bardzo dobre podsumowanie ;) A wy jeździliście? Jak wspominacie wasze początki?
Do zobaczenia,
Angelika

niedziela, 25 stycznia 2026

Travel wrapped 2025

Cześć,
Dzisiaj krótko i symbolicznie. Zapraszam na mój travel wrapped z 2025 roku. Udało mi się zobaczyć wiele pięknych miejsc. Za granicą byłam w 3 nowych krajach: UK, Hiszpania i Grecja. Fakt, byłam już w Grecji ale w Atenach a tym razem byliśmy na Korfu.

Każdy wyjazd był niezapomniany ♥ Zapraszam na zdjęcia na osłodę szarych zimowych dni.









Angelika