czwartek, 5 września 2019

Żelazowa Wola.

Cześć!
Byłam ostatnio u mojej koleżanki w Sochaczewie i wybrałyśmy się razem do Żelazowej Woli. Możliwe, że nie kojarzycie tej miejscowości. To tam urodził się Fryderyk Chopin.

środa, 28 sierpnia 2019

Moje włosy: pielęgnacja, efekty, ostatnie farbowanie.

Witam!

Ostatni mój post o moich włosach był 3 lata temu. Od tego czasu o wiele się zmieniło, zwłaszcza jeśli myślimy o pielęgnacji. Co do stanu moich włosów i ich koloru, to również uległo zmianie.

Zacznijmy może od krótkiej historii co robiłam przez ostatnie 2 lata. Największym "dobiciem" moich włosów była dekoloryzacja ponad 2 lata temu. Wpłynęło to zarówno na gęstość jak i ich stan końcówek. Jak to zawsze bywa na początku jest okey. Efekty uboczne wychodzą dopiero po pewnym czasie.

I tak wytrzymałam z moim odrostem aż do kwietnia tego roku. Odrostem? Przecież było ombre/sombre. Otóż kolor trochę się zmienia. I gdy na początku był złotym delikatnym przejściem tak z czasem zaczął był dość żółty. Naturalnie mam ciemne włosy więc byłoby to bardziej jak odrost niż zamierzone ombre. I tak powstał pomysł abym coś z nimi zrobiła. Nie chciałam poprawiać koloru ani też nakładać czegoś na całość więc postawiłam na balejaż. W kwietniu udałam się do salonu. Kilka pasm jaśniejszych aby połączyły mi mój kolor z rozjaśnionymi końcami. Efekt jak najbardziej mi pod pasował ale cena już nie. Za taką przyjemność wykonaną rękoma stażystek, komentarzami  "ojoj" oraz wykonaniem tak na prawdę kilku rozjaśnionych pasem a nie całych włosów i to jeszcze bez olaplexu zapłaciłam 400 zł. Dołóżmy do tego fakt, że pani stażystka stwierdziła, że włosy były słabe i trzeba je ściąć 10 cm. A na początku wizyty były zachwycone włosami. Brawa. Oczywiście panie nie widziały problemu w tym, że spaliły mi włosy i mimo podcięcia za kilka dni znów sama je obcięłam. Cena nie podlegała negocjacji. Powodem tego rozjaśniania była impreza rodzinna, która była za miesiąc. Miałam wtedy również umówioną panią fryzjerkę na zrobienie fal z lekkim spięciem włosów przy twarzy. Cenowo okey. Problem powstał po imprezie. Włosy jak druty. Umyłam je ale nadal coś jest nie tak. Wyglądało jakby lakier w ogólnie nic się nie zmył. Kolejne mycie a także werdykt. Popalone końce. I kolejne kilka cm. Jestem załamana tym jak postępują fryzjerzy. Przy robieniu fal prostownicą nie nałożyła nic a nic preparatu. Przy zgłaszaniu uwag i właściwie reklamacji tuż po farbowaniu nic nie uwzględniają... Koszmar. Myślałam, że może przy zadbanych włosach można coś robić ale jak widać dobry fryzjer to skarb. A u mnie takich nie ma.

A teraz pokażę wam moje efekty jeśli chodzi o dbanie o włosy. Przez długo czas mierzyłam włosy jednak nie jest to zbyt wiarygodne dlatego postanowiłam robić zdjęcia i to daje najlepszy podgląd na efekty. Możemy zauważyć zarówno efekty na długości jak i jakości włosów. Serdecznie polecam. Przy zapuszczaniu jest to najlepszy wybór.

Nie będę opisywać produktów i ich konkretnych efektów ponieważ to nie jest ich recenzja. Dodatkowo jeden produkt może różnie działać w zależności od włosów. Chodzi tu bardziej o to jak o nie dbamy a nie koniecznie czym. Ponieważ miałam np. podejście do szamponu dla dzieci bez SLS ale co z tego jak miałam po nim absolutny przyklap? A po kilku myciach łupież??

Oto moich kilka złotych rad. Nie u każdego musi się to również sprawdzić. Warto jednak spróbować. Po pierwsze jest to olejowanie włosów. Chociaż godzinę przed myciem. Jest to dość problematyczne ze względu na możliwość brudzenia włosów. A także poprzez fakt, że z samego umycia włosów nagle powstaje proces kilku krokowy. Po drugie podcinanie końcówek samemu w domu najwcześniej co 3 miesiące. A jeśli ich stan jest dobry to możemy poczekać kolejny miesiąc. Nie ma sensu wybierać się do fryzjera. Po pierwsze nie przytnie wam tylko 1 cm. A po drugie cenowo to też nie jest tania sprawa. Kobieta płaci 30 zł za zcięcie włosów na równo, a pan gdzie jest więcej pracy poniżej 20 zł? Po trzecie domowe kompleksowe zabiegi jak np. olaplex lub inne droższe maski. Możemy tutaj same zakupić sobie np. produkty z Montibello i robić sobie raz na jakiś czas domowe spa. Ostatnim krokiem, który chyba zdziwi większość osób to nie mycie włosów szamponem. Włosy od ponad roku myję maską Kallos Colour i sprawdza się bardzo dobrze. Oczywiście minimum co miesiąc i przed większym wyjściem myję najzwyklejszym szamponem ale w zwykłe dni jest to maska. Musimy pamiętać aby dobrze ją zmyć. Włosy po umycia są świeże i nie puszą się. Oczywiście wcześniej się przetłuszczają. Jednak należy zauważyć, że czym częściej myjemy tym częściej możemy je bardziej nawilżyć np. maską. Czy daje to efekty? Tak. Dopóki tego nie robiłam podcinałam włosy nawet co 2 miesiące. A ostatnio zdarzyło się to po 5 miesiącach. Dopiero wtedy wymagały one podcięcia. Na pewno nie każdemu się to sprawdzi ale warto spróbować. U mnie musiał to być akurat ten brakujący puzzel.

A teraz zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć. Jest tutaj około 1.5 roku dbania i próby zapuszczania włosów.
2018 (od góry): marzec, kwiecień, wrzesień, październik, listopad, grudzień.

2019 (od góry): styczeń, luty, marzec, kwiecie przed i po farbowaniu, maj, czerwiec cięcie, lipiec, sierpień.
xoxo

piątek, 23 sierpnia 2019

Make up paletą Ruby.

Hej kochani!
Tak jak obiecywałam dziś przedstawiam wam makijaż z wykorzystaniem palety Ruby. Jeśli ktoś nie widział recenzji to zapraszam tutaj
Makijaż oka w 99% jest wykonany paletką wyżej. Dołożyłam jeszcze złotą kreskę w załamaniu. Pochodzi ona z Inglota, nr. 27. 
Makijaż wykonałam w ramach zabawy i niestety to był mój błąd. Ponieważ jak widzicie blendowanie mogłam wyciągnąć jeszcze wyżej. Tak samo jeśli chodzi o kreskę. Lepiej wyglądałoby to na zdjęciach. Następnym razem postaram się zrobić makijaż stricte tylko pod zdjęcia. 

W moim makijażu zmieniła się również pomada do brwi. Wcześniej używałam pomady z Inglota. Teraz zakupiłam pomadę z wibo. Pasuje ona dużo lepiej i póki co nie wysycha co stało się z tamtą. 
Dokleiłam kilka gwiazdek, które miałam w moich zbieraninach do paznokci ;) Mam zamiar jeszcze bardziej je wykorzystać ponieważ kiedyś, nie mam pojęcia dlaczego, kupiłam za 10 zł chyba ze 100 małych saszetek z różnymi brokatami, cekinami, dżetami, gwiazdkami i tego typu rzeczami. Wiele oddałam koleżance ale mam jeszcze kilka.
Z racji, że makijaż oka był dość mocny i byłam również opalona, postawiłam na mocniejsze niż zwykle zaznaczenie kości policzkowych. 
Napiszcie mi co myślicie o takim makijażu. Mi bardzo podoba się fakt, że zarówno otwarte jak i zamknięte oko to inny efekt. Wydaje mi się, że właśnie dlatego kobiety pokochały takie odcienie. Gdy pracujemy z brązami makijaż od razu staje się mocny, cięższy i trzeba uważać. Zwłaszcza gdy cienie są z wyższej półki cenowej. Czekam na waszą ocenę.
Dodałam nową etykietę z makeup'ami. Może zmotywuje mnie to do większego dokumentowania swoich dzieł.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Huda Beauty Obsessions Eeye Palette RUBY

Cześć!
Przychodzę dzisiaj do was z recenzją palety Ruby od Hudy Beauty, mojego ostatniego odkrycia. Paletki Hudy od kilku lat są w sprzedaży ale ja dopiero teraz skusiłam są na swoje pierwsze "maleństwo". Na początku miałam zamiar kupić paletkę Mauve ale nie była ona dostępna online ani w sklepach w Łodzi. Kupowałam ją stacjonarnie więc szybko podjęłam decyzję, że bez niczego nie wyjdę i padło na tą. Pełką pięknych róży i czerwieni!


Paleta kosztuje 129 zł. W przeliczeniu wychodzi 14.30 zł za jeden cień czyli dość przystępnie. Mamy tutaj 5 cieni brokatowych i 4 matowe. Jak nad brokatami jestem zachwycona tak nad matami chce się płakać. Swatche niżej przedstawiają owy problem. Beżowy na mojej ręce właściwie nie istnieje. Jest to też wina tego, że mam akurat opaleniznę bliską temu odcieniowi. Mimo to reszta matów też nie jest zjawiskowa. Można jednak budować ten kolor dokładając więcej cienia co jest dobrą alternatywą. Prawda jest też taka, że cienie beżowe często mamy w innych paletach lub osobno. Używamy je również aby zmatowić powiekę a nie jakoś konkretnie ją pomalować. Cienie brokatowe są nie do opisania. Pięknie się mienią. Zarówno w świetle sztucznym jak i dziennym.
Cienie bardzo dobrze utrzymują się na oku. Jestem z nich bardzo zadowolona. Planuję już kolejną paletę. Ponownie chyba wybiorę mini wersję 9 cieni, która jest prawie 3 razy mniejsza niż duża. 

Niestety jestem praworęczna i nie mogłam zrobić swatchy i zdjęcia prawej ręki. Tutaj jest duże odcięcie opalenizny przez mój zegarek.
W przyszłym poście pojawi się makijaż z wykorzystaniem tej palety. Serdecznie zapraszam.
xoxo

czwartek, 15 sierpnia 2019

Przyjęcie na studia, kierunek, kurs doszkalający, immatrykulacja, jak wyglądają studia, architektura na PŁ, poziom języka angielskiego, przyszłość.

Cześć!
Czas podsumować ten mój pierwszy rok studiów. Nie było łatwo. Oj nie. Sama nie wiem od czego dokładnie powinnam zacząć tą opowieść.
Panorama Łodzi z ósmego piętra wydziału architektury PŁ.
Sam proces rekrutacji nie jest czymś trudnym. Studiuję architekturę więc jest również dodatkowy egzamin z rysunku, który odbywa się w czerwcu. Tak więc moje wakacje były krótsze i to bardzo bo mojego roku szkolnego nie zaczęłam od października. Wraz z dostaniem się na uczelnię trzeba również łatwić sobie mieszkanie. W moim przypadku jest to akademik. O tym napiszę osobny post ponieważ akademik to u mnie na pierwszym roku był kompletnie oddzielnym tematem. Akademik dostaje się losowo. Generalnie prócz postów na facebooku nie wiedziałam z kim idę na tą samą uczelnię. Co koniec końców pokazało mi, że prawie z nikim. Jest to i plus i minus. I tak nie szłam z nikim na ten sam kierunek. Rok akademicki zaczyna się od 1 października. We wakacje listownie dostałam przyjęcie na studia a także formularz z kursem doszkalającym. Studiuję architekturę w języku angielskim i to właśnie odnośnie angielskiego były te kursy. Są one przeznaczone dla osób, które rozszerzenie napisały w okolicach 40%. Dlatego zapisałam się na nie i poszłam na angielski i matematykę. Angielski oceniam pozytywnie choć czułam się niekomfortowo gdy nauczycielka zmusza cię do mówienia tylko w języku angielskim gdy wcześniej nigdy nie miało to miejsce. Nigdy w szkole nie mówiliśmy po angielsku nawet na zajęciach z angielskiego. Więc było mi z tym ciężko. I nadal mam problem z przełamaniem się do rozmów. Jednak ten angielski mi się przydał. Co innego było z matematyką. Omawialiśmy tam takie rzeczy... A matematykę miałam potem tylko przez 1 semestr i to koniec. Więc śmiało bym przeżyła bez niej. Kursy doszkalające miały miejsce w budynku IFE (International Faculty of Engineering) na Politechnice Łódzkiej. Codziennie we wrześniu. Generalnie wyglądało to jak szkoła. O konkretnych godzinach były konkretne zajęcia. Prócz matematyki i angielskiego można było wybrać jeszcze fizykę. Ja tego nie zrobiłam bo w rozpisce mojego kierunku nie miałam fizyki. Co jest oczywiście kłamstwem. Na architekturze jest fizyka tylko w postaci trochę zamaskowanej. Nazywa się np. materiały budowlane, mechanika budowli itd.
W końcu przyszedł pierwszy października. Co mnie zdziwiło to fakt, że przed oficjalnym rozpoczęciem - immatrykulacją mieliśmy od rana zajęcia. Część była odwołana a na drugiej części nic nie robiliśmy. Trochę bez sensu no ale ok. Na immatrykulacji zostaliśmy oficjalnie studentami. Była przysięga, uścisk dłoni, zdjęcia... Co ciekawe. Faktycznie dziekani byli w togach. Szkoda, że nie mam zdjęcia. Byłam tak przejęta, że nie pomyślałam o tym.
I zaczął się rok akademicki. Wyjaśnię od razu może fakt jak wyglądają studia. W szkole okres nauki to rok. Na koniec jest wystawienie ocen itd. Na studiach jest to 1 semestr. Na koniec jest sesja na której trzeba zdać konkretne egzaminy. Nie z każdego przedmiotu. Z reszty zazwyczaj ma się mniejsze zaliczenia jeszcze w okresie nauki. Oczywiście to nie wszystkie oceny. W trakcie semestru normalnie ma się testy-kolokwia lub projekty. Różnica jest również w tym, że co semestr zmienia się kompletnie plan lekcji i przedmioty. W drugim semestrze zmienili mi się wszyscy profesorowie prócz tylko jednego. Przedmiotów jest zawsze około 10/11. Każdy przedmiot ma swoją wartość ECTS. Ogólnie w każdym semestrze musimy zebrać 30 punktów ECTS. Wiem, że brzmi to kosmicznie ale na studiach wszystko się klaruje. Oczywiście bez pełnej puli też zdamy, ale to już inny temat. Może zostawię go na kiedy indziej.
W październiku w mojej grupie było 28/30 osób. A teraz po drugim semestrze jest nas 11. Reszta odeszła, zmieniła kierunek, nie zdała, zmieniła miasto.Więc jest nas teraz na prawdę malutko. W sumie trochę szkoda. Na 'polskiej architekturze' maksimum było ich 120 a teraz jest około 80? Tutaj nie ręczę za te dane, ale też trochę osób odeszło.
Czy kierunek ten jest łatwy? Nie. Czy można będąc na nim dużo imprezować? Nie. Czy to kierunek dla każdego kro potrafi rysować? Nie. Czy zdecydowałabym się kolejny raz? Nie wiem. Zaskoczył mnie przede wszystkim fakt ile więcej się uczę, spędzam czasu nad projektami a efektów jakiś ekstra nie ma. Kierunek ten pochłania bardzo dużo czasu i bardzo dużo pieniędzy. Średnio co tydzień idę do sklepu plastycznego i wydaję po 50/80 zł. Więc nie mam potem czym szaleć w sklepie. Sam kierunek jest inny niż się spodziewałam. Inny niż czytałam w internecie i inny niż słyszałam na kursie rysunku. Sama nie potrafię do końca napisać na czym polega ta różnica. Po prostu powoli wdrążamy się w ten zawód i zaczynamy czuć jak to wygląda. I dlatego nie jest to dla każdego. Często opisuje się, że ktoś kto idzie na architekturę powinien ładnie rysować i być kreatywny. Oczywiście to podstawa ale tylko z tym nie da sobie rady. Musimy być również zdyscyplinowany, ambitny, precyzyjny, dobrze zarządzać czasem, mieć wiedzę życiową. Tworząc projekt np. przystanku nic ci to nie da jeśli twój pomysł jest wywalony w kosmos jeśli ktoś zapomina o podstawowych wartościach jak np. użyteczność. Jest taki przedmiot jak Design. Tworzymy tam projekty np. wieży widokowej. Czyli małych przestrzeni. Wydaje się proste ale wcale takie nie jest bo okazuje się, ze trudno jest coś wymyślić czego nie ma na pintereście i co będzie super. Gdy w szkole brakowało mi przedmiotów kreatywnych tak tutaj jest ich bardzo dużo i czasem wręcz brakuje pomysłów.
Kolejnym ważnym pytaniem jest to czy rysunek jest tak bardzo ważny jak mówione jest to na kursie. I tak i nie. Da się przeżyć bez świetnego warsztatu bo rysunek odręczny to tylko jeden przedmiot. Jednak dużo częściej używa się go na innych przedmiotach gdy potrzebujemy w minutę zrobić np. szkic pomysłu. Faktem jest również to, że coraz mniej rysuje się ręcznie a coraz więcej używa się programów komputerowych.
Kolejnym minusem, który zapewne bardzo dużą część osób, która myśli o tym zawodzie orzeźwi to okres nauki. Po pierwszym stopniu studiów ma się inżyniera architekta ale tak na prawdę nic to nie daje. Moim celem było i jest być architektem, który "postawi dom". Po inżynierce i po magisterce czyli 6 latach trzeba zrobić bodajże 3 lata stażu/praktyk (zawsze mylę te terminy więc przepraszam). A dopiero po tym trzeba obronić się przed radą architektów aby uzyskać możliwość wprowadzania swoich projektów w życie. Najprościej to ujmując. Czyli jest to około 9-10 lat jeśli nauka na studiach przebiegnie nam bez urlopów i bez powtarzania roku. Tak więc dopiero w wieku blisko 30 lat będę stawiać swoje pierwsze poważne kroki w zawodzie. o.o To szmat czasu. Oczywiście pamiętajmy, że początki równają się z najniższą krajową. Rynek pracy architektów w Polsce nie jest wcale fajny. Miejsc pracy nie jest wcale dużo. A co gdy ktoś chce być architektem wnętrz? Wystarczy chyba inżynierka? Chyba. Jednak jest to dość wredna praca ponieważ na praktyki się dostaniecie ale już do pracy nie. Dlaczego? Ponieważ bardzo wiele osób prowadzi firmę jedno/dwuosobową. Tak więc początek w projektowaniu wnętrz może być na prawdę trudny.
I tak oto przyszłość nie zapowiada się bajkowo. Zapomniałam jeszcze wspomnieć, że studia są w języku angielskim więc praca inżynierska również. A w trakcie piątego semestru wyjeżdża się na Erazmusa za granicę. Czyli w moim przypadku już za rok będę się pakować ;) Jaki kraj polecacie? Myślę, że to przeżycie będzie również fajną formą do opisania tutaj.
Jedyny temat, którego nie poruszyłam to poziom angielskiego na uczelni... Dr hab. inż. wymawia "komfortable". To chyba idealnie podsumowanie :)
Jeśli macie jakieś pytania to zostawiajcie je pod postem. Jeśli uzbiera się większa ilość to można zrobię z nich post.
xoxo

niedziela, 11 sierpnia 2019

Polskie morze 2k19.

Witaj.
Drugi weekend lipca spędzaliśmy całą rodziną nad morzem. Pierwszego dnia wybraliśmy się do Kaszubskiego Muzeum Miniatur. A drugiego obowiązkowo do Sopotu na Molo. Więcej nie będę opisywać. Sama fotorelacja wystarczy :) Pozdrawiam!